Rozdział V - I did with you


I remember thinking 'bout forever
Sitting there with you by the river
We danced in the little lights
And fell for the first time…
<3

Usiadła cicho na kanapie, opierając się wygodnie o poduszki… mężczyzna objął ją lekko ramieniem, a ona wtuliła się w jego pachnący sweter. Przytuliła policzek do jednocześnie miękkiego i szorstkiego materiału, który przyjemnie łaskotał jej policzek… wciągnęła głęboko powietrze do płuc, zaciągając się zapachem jego perfum, który przyjemnie drażnił jej nozdrza. 
- Co się stało? – zapytał po chwili.
- A musiało się coś stać? – zapytała, jeszcze mocniej przylegając policzkiem do jego swetra. Wolną dłonią dotknął jej brody i uniósł jej twarz, aby spojrzała mu w oczy. Automatycznie spuściła wzrok. Przez chwilę wpatrywał się intensywnie w jej oczy… i wiedziała, że wygrał. Nie potrafiła go oszukać. Miał w sobie coś takiego… nie umiała tego określić, że nie potrafiła go okłamać. – Spotkałam go dzisiaj. – powiedziała cicho.
- Kogo? – zapytał spokojnie… ale widziała, że lekka żyłka na jego czole zapulsowała od tłumionego gniewu… jakby już wiedział, jakby czuł gdzieś pod skórą…
- Richarda… - niemal wyszeptała.
- Czego chciał ten skurwiel? – zapytał ostro. 
- Właściwie nic. Podobno jest przejazdem w mieście. Jakieś spotkania biznesowe. – odpowiedziała.  
- Powinien dać Wam wreszcie spokój! – powiedział szczerze.
- Jest ojcem Ellie. Nie mogę… - zaczęła.
- Czego nie możesz, Meg! Ten facet zniszczył Ci życie! – podniósł ton.
- Chris, proszę… wiesz, że unikam go jak mogę… ale nie jestem w stanie całkiem go odciąć. Elle go kocha. Nie mogę jej zabronić spotykać się z własnym ojcem. – odpowiedziała poważnie. Brunet pokręcił tylko sceptycznie głową, a następnie potarł czoło dłońmi, próbując pozbyć się napięcia z twarzy. 
- Wiem… - westchnął cicho. – Po prostu go nie trawię. 
- Wiem… i wierz mi, ja mam względem niego jeszcze gorsze uczucia. – odpowiedziała, a następnie uśmiechnęła się blado… spojrzał w jej oczy, a potem przytulił mocno… jej głowa wylądowała w zagłębieniu jego szyi. Intensywny zapach jego perfum zupełnie ją otumanił.  Wczepiła dłonie w materiał jego swetra, zaciskając je w pięści. 
- O której wróci Ellie? – zapytał, sunąc wolną dłonią po jej udzie. Spojrzała na zegarek… 
- Za godzinę. – odpowiedziała. – A co planujesz? – zapytała, uśmiechając się spod przymrużonych powiek… w odpowiedzi uśmiechnął się szelmowsko. Jego dłoń, która delikatnie masowała jej udo, wsunęła się pod czarną spódnicę w którą była ubrana. 
- Coś, co skutecznie rozproszy twoją uwagę… - odpowiedział.
- Och… - westchnęła. – Jesteś pewien, że to się uda? – zapytała, przygryzając lekko wargę.
- Zdecydowanie, skarbie… - odpowiedział, przesuwając nosem po jej policzku… następnie wzdłuż linii żuchwy… i aż do brody, gdzie zatrzymał się na chwilę… dmuchnęła gorącym powietrzem prosto w jego nos, na co zaśmiał się wesoło…
- Jesteś niepoprawny. – powiedziała wesoło. 
- To moja najlepsza cecha, kochanie… - powiedział…. jego dłoń nadal przesuwała się wzdłuż jej uda… w górę i w dół… jej spódnica podwinęła się lekko do góry, ukazując koronkowy rąbek czarnej pończochy… - Ktoś tu się specjalnie ubrał, co? – powiedział, wsuwając delikatnie palce pod elastyczny materiał… w miejscu, gdzie jej dotknął, poczuła delikatnie mrowienie i przypływ gorąca… jakby krew zaczęła szybciej krążyć w tym miejscu… a może w ogóle zaczęła szybciej płynąć przez jej żyły? I czy w ogóle to była jeszcze krew, czy już gorąca lawa…? 

...

I remember telling you I loved you
The Northern star rising above you
And in that moment I, thought every dream
Would come true…


- Kochani! Mamy mało czasu! – wołała kobieta, biegając po całej sali i ustawiając rekwizyty w odpowiednich miejscach. Brunetka powoli podniosła się z krzesła, na którym udało jej się usiąść na całe trzy minuty… próba trwała już ponad dwie godziny, i wszyscy mieli już serdecznie dość. I jedyną rzeczą, o której marzyli, był powrót do domu. Bezradnie spojrzała na koleżanki opierające się o ścianę… ich wzrok wyrażał dokładnie to samo, co jej własny… tonę zmęczenie, odrobinę nudy… i szczyptę wściekłości, która dawała choć minimalny zastrzyk, aby wstać i ruszyć się z miejsca. Jeden z chłopców stojących po drugiej stronie sali i monotonnym głosem zaczął mówić swoją kwestię:
- Dawno namiętność już w całunach leży. W jej miejscu właśnie siła żądzy nowej. Piękną przestała być przy Julii świeżej… - nie zdążył powiedzieć nawet połowy, gdy po sali rozszedł się podniesiony głos nauczycielki.
- Malcolm! Ja Cię bardzo proszę! To, że jesteś narratorem, nie oznacza, że masz mówić tą kwestię jak na własnym pogrzebie, na litość Boską! – krzyknęła.
- Ale pani profesor… - zaczął, ale kobieta nie dała mu dokończyć.
- Jeszcze raz! Od początku. I z życiem, Malcolm, z życiem! – dodała rozkazującym tonem. Chłopak jęknął wyraźnie… współczuła mu… nie jego wina, że miał serdecznie dość. Ona była w tym samym stanie… i zapewne jej rola Julii wypadnie podobnie… to znaczy, o ile w ogóle przećwiczy dzisiaj własne sceny, bo na próbie nie pojawił się najważniejszy aktor… Romeo. Co chwilę patrzyła na drzwi, przez której już dawno powinien wejść Mark, który był jedynym jej przyjacielem w zespole teatralnym. Ale chłopaka nie było… i nic nie wskazywało na to, aby miał się pojawić. Nawet nie napisał, że coś my wypadło… zmełła pod nosem przekleństwo w jego stronę. Że też akurat teraz musiał sobie zrobić wolne! Blondyn  zaczął jeszcze raz mówić swoją kwestię, wkładając w to resztki energii, jaka mu jeszcze pozostała po tych morderczych dwóch godzinach…

Dawno namiętność już w całunach leży
W jej miejscu władnie siła żądzy nowej
Piękną przestała być przy Julii świeżej
Piękność, dla której umrzeć był gotowy.

Dziś jest Romeo kochany i kocha
W oczach obojga żar jednaki płonie
Lecz on, w niej wroga przypuszczając, szlocha,
A ona miłość z wędki grozy chłonie…

Niepostrzeżenie usiadła na krześle, uważnie pilnując wzrokiem starszej kobiety, aby nie dać się przyłapać na leniuchowaniu w trakcie próby… jak nazywała siedzenie przez chociaż pięć minut. Jeszcze raz spojrzała na telefon, ale nadal nie widniała na niej żadna wiadomość… Mark już nie przyjdzie. Westchnęła cicho i wsunęła telefon do rozsuniętego plecaka, który leżał obok jej nóg. Z zamyślenia wyrwał ją głos nauczycielki.
- Gdzie jest Romeo?! – zapytała podniesionym tonem. Nikt się nie odezwał… na sali zapanowała cisza, którą przecinał tylko głośny oddech poirytowanej kobiety. – No? – zapytała ponownie. Chrząknęła, aby przeczyścić gardło, a potem odezwała się cicho…
- Mark chyba jest chory… 
- Jak to chory? – nauczycielka powiedziała piskliwym tonem. – Akurat teraz? Przecież nie zrobimy sztuki bez Romeo!
- Może ktoś inny… - spróbowała wtrącić jedna z dziewczyn, ale kobieta uciszyła ją gestem ręki.
- Nie mamy Romea! Nie mamy muzyki do spektaklu! Jak Wy to sobie wyobrażacie! To jest niepoważne! – wykrzyczała. 
- To może skończymy na dziś… - powiedział ktoś z tyłu nieśmiało… nauczycielka zmierzyła drobną brunetkę wzrokiem, która automatycznie pożałowała swoich słów i schowała się za starszą koleżanką. Przez chwilę nikt nic nie mówił, nie mając odwagi poprzeć słów dziewczyny o zakończeniu próby… w tym czasie, nauczycielka chodziła w kółko po sali, mamrocząc coś do siebie pod nosem. 
- Na kolejnej próbie jak nie zobaczę Marka, to może się pożegnać z rolą! – zagroziła kobieta. Spojrzała na nauczycielkę przerażona… jeżeli nie będzie Marka, to ona też odejdzie. Nikt inny nie będzie w stanie zagrać tak te roli… no i z nikim innym próby nie będą takie zabawne. Tylko on potrafił wprowadzić taki nastrój, że nawet nauczycielka ciskała w uczniów mniej piorunów i znaczących spojrzeń, niż zwykle. A może… przez jej głowę przebiegła jedna myśl… A może by tak...? Uśmiechnęła się do własnego pomysłu… trzeba to tylko dobrze rozegrać… i zrobić to do najbliższej próby… - Żegnam państwa! – Jej uśmiech stał się jeszcze szerszy… z resztą całą salę nagle wypełnił śmiech i gwar rozmów rozradowanych nastolatków. Do domu! 

...

Love comes in circles
And love takes it's own time
Bending and breaking, not taking a straight line…


Czuł się niczym na kazaniu… kobieta co chwilę wytykała mu błędy, jakie popełnił w wychowaniu syna. A on nie bardzo wiedział, jak bronić się przed tą, mimo wszystko, sympatyczną, starszą kobietą. Słuchał więc ze zrezygnowanie, co chwila kręcąc się na krześle i myśląc tylko o tym, by wyjść stąd jak najszybciej… już sam widział problem i wiedział, że musi go rozwiązać… może porozmawia o tym z psychologiem? Z zamyślenia wyrwał go głos kobiety…
- Nie ukrywam, że pana syn jest w bardzo trudnej sytuacji. I nie mam na myśli tylko zwieszenia w prawach ucznia. 
- Zawieszony? – spojrzał z zaskoczeniem na kobietę siedzącą w fotelu za biurkiem. 
- Nie mogłam nie zareagować na tą bójką, panie Kelly… zwłaszcza, że to nie pierwsza taka sytuacja w tym semestrze. Z pana synem w roli głównej. Poza tym, uważam, że powinien Pan porozmawiać z naszą szkolną psycholog. Ona powie panu zdecydowanie więcej o problemach syna w szkole. – Uznał, że pytanie o to, dlaczego nie poinformowano go, że syn ma zajęcia z psychologiem jest nie na miejscu… w końcu zapewne próbowali to zrobić. A on zwyczajnie skasował wiadomości z automatycznej sekretarki, nawet ich nie przeglądając. – Pani Henderson! – krzyknęła kobieta. Chwilę później w gabinecie pojawiła się ta sama kobieta, która przyjęła go tak niechętnie, gdy pojawił się w gabinecie.
- Słucham, pani dyrektor? – zapytała kobieta przymilnym tonem. 
- Proszę zawołać do mnie panią Langer. – powiedziała stanowczo, a młodsza kobieta skinęła głową i szybko wyszła z gabinetu. Usłyszał tylko trzaśnięcie drzwiami i stukot szpilek na posadzce. Na chwilę w pokoju zapadła cisza… jakby każde z nich bało się odezwać… nazwać myśli, które kotłowały się w jego głowie. Jego mózg to była jednak wielka mieszanina i wojna jednocześnie. Potarł dłońmi oczy, próbując rozetrzeć nagromadzone emocje, które objawiały się lekko zarumienionymi policzkami. Minęło dobrych kilka minut zanim drzwi gabinetu otworzyły się, a do środka weszła młoda kobieta… przez chwilę przyglądał jej się uważnie, próbując przypomnieć sobie skąd kojarzy tą twarz… beznamiętnie uścisnął jej dłoń, nadal grzebiąc we własnej pamięci, aby umiejscowić pośród niej tą drobną blondynkę o ciepłym uśmiechu i trochę smutnych oczach o barwie błękitnego nieba. A potem nagle przyszło olśnienie… późny wieczór… opustoszały bar gdzieś na przedmieściach… i ona, płacząca na jego ramieniu… kompletnie pijana…
To był grudniowy wieczór… nie było późno, ale wszędzie panował już zupełny mrok. Jakąś godzinę temu wyszedł ze szpitala przytłoczony wydarzeniami, które coraz bardziej uświadamiały mu kruchość ludzkiego życia… jego żona właśnie była na trzeciej chemii… ale nic nie wskazywało na choć odrobinę poprawy, a on zwyczajnie powoli zaczynał tracić nadzieję. Rzeczywistość go przerosła. Miał ochotę usiąść na środku drogi… i zwyczajnie zapomnieć o wszystkim, co się działo. O żonie, która umierała na jego oczach… o dzieciach, które nic z tego nie rozumiały… o rodzeństwie, które z litości coraz częściej dzwoniło i udawało, że chcą mu pomóc… miał dość tego wszystkiego. Chciał zapomnieć. Uciec i zaszyć się gdzieś w takim miejscu, gdzie nikt by go nie znalazł. I tak szedł opustoszałymi ulicami, nie bardzo wiedząc nawet, dokąd zmierza… dopiero neonowy napis wiszący na pewnymi drzwiami zwrócił jego uwagę. Przy napisie wisiał równie błyszczący kufel od piwa… bar. Nie wahając się ani minuty, wszedł do środka, wpuszczając tym samym mroźne powietrze do lokalu. W barze było właściwie całkiem pusto… nie licząc barmana, który wycierał kieliszki białą szmatką… i kobiety, której szloch roznosił się po całym pomieszczeniu. Powoli podszedł do baru i usiadł dwa miejsca od niej… skinął na barmana i poprosił podwójną whisky. Dopiero wtedy przyjrzał się kobiecie… mogła mieć najwyżej trzydzieści lat. Miała delikatne jasne włosy, układające się w grube fale… i rozmazany makijaż na policzkach. To były dwie rzeczy, które najbardziej rzuciły mu się w oczy… potem zauważył, że ma przepiękne błękitne oczy, które błyszczały od łez. 
- Coś się pani stało? – zapytał, ale w odpowiedzi dostał jedynie jeszcze głośniejszy kobiecy szloch.
- To trudny przypadek. – powiedział barman, uśmiechając się do niego lekko… przymrużony oczy świadczyły, że wyraźnie naśmiewa się z załamanej kobiety, której problem zapewne uważał za złamany paznokieć lub inne babskie głupstwo… ale ona nie wyglądała na taką kobietę. Wziął swoją szklankę w dłonie i przesiadł się jedno miejsce bliżej do blondynki. Ta, nadal płacząc, spojrzała na niego przelotnie, a potem ponownie spuściła twarz, przyglądając się blatowi baru. 
- Jeszcze jedna butelka. – wydukała z trudem. Miała wyraźnie zachrypnięty głos od długotrwałego płaczu… i mętny z przepicia. Zapewne to nie była jej pierwsza butelka tego wieczoru. 
- Pani już wystarczy. – powiedział oschle barman i odwrócił się ponownie w stronę swoich szklanek, które ostrożnie ustawiał na odpowiednich półkach. Kobieta zaszlochała jeszcze głośniej… oparła głowę na barze, a obie dłonie położyła po jej dwóch stronach… przez chwilę przyglądał się jej uważnie, nie mając pojęcia, co powinien zrobić… jak się zachować. Nigdy nie potrafi sobie poradzić z płaczącymi dziewczynami… nawet jeżeli była to własna córka, a co dopiero, jeżeli chodziło o obcą kobietę. 
- Zły dzień? – zapytał po kilku minutach… barman spojrzał na niego sceptycznie, jakby uważał za zwykłą głupotę próbę rozmowy z płaczącą wariatką… ale on po prostu czuł, że za tą kobietą jest coś więcej. Że to nie jest zwykły moment… może zawalił jej się świat? Może rozstała się z kimś, kogo kochała? Przypomniał sobie, jak on czuł się, gdy kobieta, którą kochał, wyjechała nie mówiąc mu ani słowa… to nadal gdzieś w głębi serca bolało, nawet jeżeli minęło już tyle lat… a on ułożył sobie życie od nowa. 
- Pieprzone życie.- wycharczała. 
- Życie nie jest takie złe… to ludzie je takim czynią. – odpowiedział filozoficznie. Blondynka spojrzała na niego mętnym wzrokiem. Nie był pewny, czy w ogóle go widzi… czy może jest tylko niewyraźnym konturem w jej oczach. Kobieta wzięła głęboki oddech… a potem głośno wypuściła powietrze… 
- Masz rację. – westchnęła, zachrypniętym głosem. 
- Powiesz mi, co się stało? – zapytał, przesiadają się o jeszcze jedno miejsce, aby siedzieć tuż obok niej… i jak najdalej od niezbyt sympatycznego barmana. 
- I tak mi nie pomożesz. – powiedziała, patrząc tęsknie w stronę jego szklanki wypełnionej bursztynowym płynem. 
- Picie też nie pomoże. – odpowiedział. 
- Jesteś cholernym księdzem? – zapytała. – Mam dość kazań! Chcę się urżnąć! Zapomnieć!
- Alkohol to złudne zapomnienie. Rano obudzisz się, pamiętając wszystko jeszcze wyraźniej. Sam przez to przechodziłem. Wierz mi, nie działa. – powiedział spokojnie. 
- Spieprzaj… - warknęła cicho.  Potarła dłońmi zmęczone oczy… a chwilę później szlochała jeszcze głośniej, niż wcześniej… i na dodatek oparła głowę o jego ramię, a jej łzy moczyły jego granatowy sweter. Przez chwilę nie wiedział, co zrobić… a potem przytulił ją delikatnie do siebie i lekko głaskał ją po głowie… miała miękkie i pachnące włosy, które przepływały przez jego palce niczym jedwab. Wczepiła palce w jego ramiona, drapiąc go zbyt długimi paznokciami, na których tkwił częściowo pozdzierany czerwony lakier… zapewne od ich  obgryzania. Paskudny nawyk, którego przez kilka lat nie mogli z Joy oduczyć swojej starszej córki. 
- No już… spokojnie… cichutko… - szeptał spokojnym tonem do jej ucha, próbując uspokoić rozedrgane ciało i umysł kobiety. – Spokojnie…
- Chcę umrzeć… - powiedziała cicho… a jej głos niknął w fakturze jego swetra. 
- Nie chcesz, wierz mi… nie chcesz. – powiedział, uspokajająco.
- Skąd możesz wiedzieć? – podniosła się gwałtownie, a jej oczy rozbłysły złością. – Straciłam wszystko! Rozumiesz?! Wszystko! Nie mam już po co żyć! - … a potem ponownie się rozpłakała, mocząc jego sweter nową porcją słonych łez, które wraz z resztkami tuszu do rzęs spływały po jej policzkach. Jej ramiona trzęsły się w rytm szlochów i szybko bijącego tuż pod powierzchnią serca. Czuł niemal każde jego uderzenie na swojej klatce piersiowej. 
- No już… nie płacz… - mówił cichym, delikatnym tonem… chociaż tak naprawdę nie wiedział, jak powinien się zachować, ani tym bardziej co powinien zrobić. Kobieta płakała coraz bardziej… a on coraz mniej rozumiał z całej tej sytuacji. Do tego była tak bardzo pijana… może faktycznie barman miał rację? Powinien dać sobie spokój… przecież i tak w tym stanie niczego się od niej nie dowie. Miał wątpliwości, czy kobieta w ogóle kontaktuje ze światem zewnętrznym… a już w stu procentach był pewny tego, że jutro nie będzie w ogóle pamiętała całej tej sytuacji, i jego… tego, który próbował ją pocieszyć.
- Ty nic nie rozumiesz… - wydukała.
- Masz rację. Nie rozumiem. – odpowiedział szczerze. – Ale możesz mi to wytłumaczyć.
- Chyba nie jestem w stanie… - powiedziała, a następnie osunęła się na blat… oparła głowę na dłoni i przez chwilę patrzyła na niego spod przymrużonych, ciężkich powiek… był pewny, że jest krok od zaśnięcia… ale potem, przez chwilę patrzyła na niego trzeźwym wzrokiem… jej oczy zdawały się być wtedy jeszcze jaśniejsze… jak niebo w letni, słoneczny poranek… lekko złoto-błękitne…
- Nienawidzę wojny. – powiedziała pewnie. – Nienawidzę tego, że przez nią giną ludzie… i nienawidzę tego, kto podłożył tą cholerną bombę. – Pod koniec jej głos się załamał, a ona spuściła wzrok i przez kilka minut wpatrywała się w czarny blat. Nic nie odpowiedział. Nie wiedział, co powinien powiedzieć w takim momencie. Nagle okazało się, że jego problemy są tak małe… a ona straciła, zapewne kogoś bardzo ważnego w wojnie o coś, czego nie rozumiała… Dotknął lekko jej dłoni i ścisnął jej palce… zesztywniała lekko pod jego dotykiem. – Dzisiaj dowiedziałam się, że mój mąż nie żyje… zginął na misji. Walcząc o jakąś głupią wolność dla kogoś, kto nie ma dla nas żadnego znaczenia. – odpowiedziała całkiem trzeźwo. – I już do mnie nie wróci… - w tym momencie ponownie się rozpłakała… a jej głośny szloch wypełnił całe pomieszczenie. 
A teraz ta sama kobieta stała przed nim… może wyglądała trochę inaczej, ale to na pewno była ona… nie mógłby jej pomylić z nikim innym… te oczy zapamiętał na zawsze… ten sam błękit i to samo złoto letniego poranka. Te oczy mogły należeć tylko do niej. Takich oczu nie da się zapomnieć… 

...

But Heaven was silent and life just kept moving along
'Till my heart knew the moment was gone…


Po raz kolejny odrzucił przychodzące połączenie… Zostało mu tylko jakieś kilkaset metrów. Krok za krokiem przemierzał nocne miasto. Lubił ten moment… było zbyt późno, aby spotkać normalnych ludzi na ulicach i jednocześnie zbyt wcześnie, aby imprezowicze zdążyli wyjść z klubów. Taka chwila pomiędzy… kilkadziesiąt minut, gdzie miasto właściwie świeciło pustkami. Kolejny raz zabrzęczał telefon… tym razem w ogóle zignorował ten dźwięk, nawet nie wyjmując telefonu z kieszeni bluzy. Tylko kilkadziesiąt kroków… szedł powoli chodnikiem, czując, że im bardziej zbliża się do celu, tym jego krok staje się wolniejszy… wiedział, jak będzie wyglądał ten powrót… i wiedział też, że nie skończy się przyjemnie. Bardzo powoli i cicho otworzył drzwi… w pomieszczeniach na dole nie paliło się światło. Zamknął drzwi, a następnie nawet nie zdejmując kurtki, poszedł w stronę schodów…
- Śpieszy Ci się gdzieś? – usłyszał. W kuchni zapaliły się małe światełka wiszące pod górnymi szafkami. 
- Nie… - odpowiedział, stając w miejscu.
- Musimy poważnie porozmawiać, Dan. – powiedział, mężczyzna stanowczo.
- To nie może poczekać do rana? – zapytał, udając spokojny ton. – Jest późno.
- Byłoby wcześniej, gdybyś przez cały wieczór nie wałęsał się po mieście. 
- Tato…
- Nie, Danny. Odpuszczałem Ci, bo wiedziałem, że śmierć matki była dla Ciebie trudna. Rozumiałem, że sobie nie możesz poradzić z niektórymi rzeczami… ale teraz przebrała się miarka. – odpowiedział ostrym, ale spokojnym tonem.  – Nie możesz bić się tylko dlatego, że masz taki kaprys!
- To nie tak! – podniósł głos.
- A jak?
- On… ten chłopak… on… - próbował coś powiedzieć, ale zdania nie chciały się składać w całość na języku.
- Co ten chłopak? – zapytał, poirytowany mężczyzna. 
- Podpuścił mnie, ok? – odpowiedział.
- To jeszcze nie powód, żeby komuś złamać nos.
- Obrażał Cię… miałem słuchać jak nazywa Cię upadłą gwiazdeczką estrady? – zapytał.
- Tak, właśnie tak miałeś zrobić, Dan. – odpowiedział spokojnie… jego ton stracił jednak odrobinę na ostrości… i już wiedział, że jakoś się ułoży… że zrozumie. – Nie możesz dać się prowokować, Danny. Mogę Ci pomóc w wielu rzeczach, ale nie będę w stanie zrobić nic, jeżeli wyrzucą Cię ze szkoły, albo gorzej… wpakują do poprawczaka. Postaraj się opanować. – dodał.
- W porządku.
- Ja nie żartuję, Danny. Taka sytuacja nie może się powtórzyć. 
- Wiem…
- Idź już spać. Rano idziesz do szkoły. – Nie odpowiedział. Powoli poszedł do schodów, a następnie na górę, gdzie zamknął się w swoich własnych czterech ścianach… gdzie jego krzyk stłumiła puchowa poduszka.  

Komentarze

  1. Bardzo jest mi żal tego dzieciaka. Widać, że jest zagubiony, że sobie nie radzi, że jest mi bardzo ciężko .do tego jest nieśmiały i to tak poważnie. Meg współczuję, ale wydaje mi się, że w poprzedniej części czy jeszcze jednej wstecz jej mąż miał nas imię Mark, a teraz ma Richard. Wiele dziewczyna przeszła, nie dziwne, że jeszcze siedzi jej w głowie. Kiedy kolejna część? Dużo bohaterów, teraz idę na grupie zobaczyć ktoś jest kto. Życzę weny i dużo czasu na pisanie ! Dobranoc!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty