Rozdział II - When we were young
Everybody loves the things you do
From the way you talk
To the way you move…
<3
<3
Szybkim krokiem przemierzała szkolne korytarze, aby dotrzeć do stołówki. Była pewna, że Gisela i Dan już na nią czekają. Popchnęła szare drzwi… automatycznie dotarł do niej gwar głosów wypełniający pomieszczenie. Wszędzie kręciły się tłumy uczniów… jedni stali w kolejce po jedzenie… inni biegali między stolikami, szukając swoich znajomych… jeszcze inni przemykali pod ścianami, aby jak najszybciej opuścić pomieszczenie i zaszyć się w jakimś spokojniejszym miejscu. To był jej świat… Rozejrzała się wokół, szukając wzrokiem swoich koleżanek. Z bocznego stolika, niedaleko wyjścia na plac machały do niej dwie ręce. Uśmiechnęła się radośnie i przepychając się przez tłum, stojący na środku pomieszczenia, podeszła do stolika. Usiadła ciężko na krzesełku.
- Gdzieś ty była tyle czasu? – zapytała Gisela. Kim był Gisela? Tę blondynkę poznała jeszcze w przedszkolu. Była jej pierwszą koleżanką w Berlinie, do którego przeprowadziła się z mamą w ogromnym pośpiechu. Ich pierwsze spotkanie było mocno specyficzne i zdecydowanie nie zwiastowało tego, że kilka lat później będą najlepszymi przyjaciółkami. Gisela nie dość, że zabrała jej sprzed nosa zabawkę, którą ona chciała się właśnie bawić… do tego pokazując jej ostentacyjnie język, jakby wiedziała, co robi… to jeszcze, gdyby tego było mało, kilka minut później z tą samą szczerością zburzyła jej wielką wieżę z klocków, którą tak wytrwale budowała… to był trudny moment… ale potem sama zabrała jej maskotkę pandy i z dumą włożyła ją do wózka dla lalek, którym zaczęła się bawić. Gisela dzielnie zniosła kradzież zabawki, a potem przyniosła drugą maskotkę i włożyła do różowego wózka. I tak zaczęła się ich przyjaźń, która do tej pory pozostała dość mocno niekonwencjonalna… ale jednocześnie najlepsza na świecie.
- Ustalaliśmy termin kolejnego spotkania. – powiedziała. – Pani Gafa bardzo chce wystawić przedstawienie jeszcze zimą. – spojrzała na koleżanki z powątpiewającą miną. Nauczycielka była istną katastrofą i perspektywa stworzenia spektaklu w trzy miesiące widniała jako niespełnione marzenie odkąd ona zaczęła uczęszczać na zajęcia teatralne. Co roku kobieta próbowała wystawić Opowieść wigilijną i co roku jej się to nie udawało, i jak zwykle kończyła letnim dramatem Szekspira wystawianym na zakończenie roku szkolnego. Była pewna, że tym razem będzie dokładnie tak samo, więc nawet nie przykładała się do pracy, chociażby wypożyczając lekturę…
- Czyli jak zwykle skończymy oglądając Romea i Julię. – zaśmiała się Daniela. Druga z dziewczyn. Brunetka o krótkich, nastroszonych włosach, które notorycznie musiała odgarniać z twarzy, aby nie przykrywały jej brązowych oczu. Brunetkę poznała kilka lat temu w parku, gdzie czytała książkę. Łączyła ich wspólna pasja do tańca i do klasycznych romansów pióra Jane Austen. Daniela była typową romantyczką, wiecznie chodzącą z głową w chmurach… przez co nie raz, nie dwa miała problemy w szkole, z których ratowały ją dwie pozostałe.
- Zapewne tak. – odpowiedziała, zgarniając z tacy jabłko, które chwilę później ugryzła. Po brodzie spłynęło jej kilka kropel białego soku. Otarła twarzy wierzchem ręki i ponownie wgryzła się w owoc.
- Kogo tym razem zagrasz? Kolejny raz Julię? – zapytała Dan.
- Mam nadzieję, że nie… chociaż… - uśmiechnęła się zawadiacko. – Miałabym z głowy uczenie się roli. Znam ją już na pamięć.
- Wszystko ma swoje dobre strony. – zaśmiała się Gisela.
- Na pewno nie to, że zaraz będzie dzwonek. – powiedziała Danny, spoglądając na zegarek zapięty na nadgarstku lewej ręki.
- Już? – zapytała. – Nawet nie zjadłam! – jęknęła, a potem odłożyła na tacę na wpół zjedzone zielone jabłko. Chwilę później wszystkie trzy podniosły się z miejsc i wesoło się przekomarzając, udały w stronę wyjścia ze stołówki… zupełnie nie czując na sobie wzroku pewnego chłopca, który siedział w bocznym stoliku, tuż przy ścianie, nieco skrytego za ogromną jukką w brązowej doniczce… Chłopca o ciemnych, przydługich włosach i jasnych oczach…
…
You look like a movie
You sound like a song
My God, this reminds me
Of when we were young…
W domu było całkiem cicho… wyjęła klucz z zamka i wrzuciła go do koszyczka stojącego na szafce. Stal zabrzęczała cicho. Weszła do domu. Zdjęła szpilki i postawiła je koło szafki. Bose stopy odbiły się śladem na jasnej posadzce. Pocierając kark, przeszła przez korytarz i weszła do kuchni. Włączyła czajnik i oparła się o blat. Była zmęczona. Przekręciła głowę najpierw w lewo, potem w prawy, aby rozluźnić zesztywniałe mięśnie. Spojrzała na zegarek. Ellie niedługo powinna wrócić do domu… dzisiaj miała dodatkowe zajęcia w szkole tańca, ale one kończyły się za jakieś piętnaście minut. To dawało… policzyła w myślach… co najmniej czterdzieści minut na naszykowanie skromnego obiadu dla wszystkich. Nawet nie zmieniając ubrania, wyjęła z szafki garnek. Wypełniła go do połowy wodą i postawiła naczynie na kuchence. Z szafki wyjęła makaron i odmierzywszy odpowiednią ilość wrzuciła go do wody. Z drugie szafki wyjęła sos pomidorowy i przelała go do naczynia, aby w odpowiednim momencie podłączyć go, aby był gorący, gdy wszyscy wrócą do domu. Włączyła radio… cicho nucąc hity lat dziewięćdziesiątych krążyła po kuchni, szykując talerze, sztućce i szklanki.
- A teraz coś bardziej współczesnego. – w radiu zabrzmiał głos spikera. – Gwiazda lat dziewięćdziesiątych w trochę nowszym wykonaniu… Ciekawe, czy w najbliższym czasie doczekamy się jego powrotu na scenę? Kto wie? Następny wokalista to człowiek niemal zagadka. Niewiele wiadomo o jego życiu prywatnym… ale o jego głosie krążą legendy. Michael Patrick Kelly w swoim utworze „Roundabouts”. – Spojrzała w stronę radia szeroko rozwartymi z przerażenia oczyma. Znajomy głos mężczyzny rozniósł się po całym pomieszczeniu. Oparła się o blat szafki stojącej za nią. Lata nie słyszała jego głosu… i musiała przyznać, że robiła to jak najbardziej celowo. Unikała wszelkich wzmianek o nim, jeżeli tylko takowe pojawiały się gdzieś w gazetach lub krzyczały do niej na portalach społecznościowych. Nie chciała o nim nic wiedzieć. To i tak niczego by nie zmieniło… a teraz nagle, po tylu latach zabrzmiał w jej uszach niczym wtedy. Nie chciała do tego wracać… za bardzo bolało. Jego głos płynął po pomieszczeniu, przyprawiając ją o coraz bardziej drżące kolana… nie chciała tego słyszeć. Nie dzisiaj. Nie teraz. Podeszła chwiejnym krokiem do radia i wyłączyła urządzenie. W kuchni zapadła cisza, w której słychać było tylko bulgotanie wody na kuchence… i przyśpieszone bicie jej serca.
…
Let me photograph you in this light
In case it is the last time…
Cicho próbował przemknąć się korytarzem, aby zauważyło go jak najmniej osób. Chciał znaleźć się już przy swoim odosobnionym stoliku w stołówce, przy którym nikt inny nigdy nie siadał. To był jego azyl. Tam mógł się schować i spokojnie zjeść lunch. Ale to wymagało jeszcze przejścia przez stołówkę… i odstania w kolejce z tacą po jedzenie. To był moment, którego najbardziej nie lubił.
- Przesuń się, młody! – ktoś szturchnął go, a on o włos uniknął zderzenia z rzędem szafek na korytarzu. Zacisnął zęby, ale nie powiedział ani słowa. Zrobił to tylko raz. Pierwszego dnia. Nigdy później nie próbował. Pierwszy raz zabolał wystarczająco mocno… przez tydzień później chodził w bandażach na mocno stłuczonej dłoni. Wziął głęboki oddech i i dopiero po chwili ponownie ruszył w stronę stołówki. Otworzył drzwi. W uszy uderzył go hałas panujący tutaj niczym na targowisku. Wszędzie byli ludzie… było słychać śmiechy… garbiąc się, szedł w stronę kasy. Ze stolika zgarnął zieloną tacę i stanął w kolejce za uroczą, drobną blondynką, która uśmiechnęła się do niego lekko, gdy przesz przypadek dotknął jej ramienia. Zaczerwienił się mocno i spuścił głowę, udając że zainteresowało go ułożenie płytek na posadzce.
- Spadaj! – ktoś obok warknął i popchnął go, wciskając się w kolejkę.
- Ty… - chciał zacząć, ale ugryzł się w język i tylko mocniej zacisnął dłonie na tacy. Blondynka odwróciła się w stronę starszego chłopaka, który stanął za nią i spojrzała na niego gniewnie.
- Adam, zachowuj się! – fuknęła, a potem odwróciła się do niego z uśmiechem. – Przepraszam za niego. Czasami zachowuje się jak cham.
- Ja… - zaczął, ale nie skończył. Przełknął tylko głośno ślinę. – Nic się nie stało. – powiedział prawie szeptem, a potem spuścił głowę. Kolejka powoli przesuwała się do przodu, a ona garbiąc się stawiał kroku, przesuwając się razem z nią. Gdy podszedł do lady, stojąca z nią tęga kobieta, uśmiechnęła się do niego ciepło… miała uśmiech mamy… jego gardło ścisnęło się na samo wspomnienie…
- Co tam, złociutki? Na co masz ochotę? – zapytała.
- Ja… poproszę spaghetti. – powiedział cicho. Kobieta nałożyła ogromną porcję na jego talerz, ale nie miał ochoty tłumaczyć, że nie zje nawet połowy tej potrawy… wziął talerz i postawił go na tacy, mówiąc ciche dziękuję. Potem szybko wycofał się z kolejki i niemal biegiem udał się do stolika najbardziej oddalonego od tego szalonego tłumu, który wypełniał pomieszczenie. Postawił tacę na stole i usiadł na krześle. Powoli zaczął nawijać makaron na widelec. Danie nie było zbyt smaczne, ale było zdecydowanie lepsze, niż to, co ostatnio na kolację podała jego siostra. Spalone pomidory i rozgotowany makaron. Skrzywił się na samo wspomnienie koszmarnego smaku i zapachu, którego przez cały wieczór nie mogli się pozbyć z kuchni. Nawinął kolejną porcję makaronu i wsunął ją do ust… i niemal zakrztusił się, widząc ją w drzwiach stołówki… przełknął makaron, a z jego oczu popłynęło kilka łez… spazmatyczny oddech… śliczna, drobna dziewczyna… już pierwszego dnia zwróciła jego uwagę. Była przewodniczącą ostatnich klas… wygadana, pewna siebie… na jej twarzy niemal bez przerwy widniał uśmiech. Przez pierwszy minuty wpatrywał się w nią tylko, w ogóle nie rejestrując słów, które wypowiadała, a jedynie wsłuchując się w brzmienie jej głosu. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę z głupoty własnego zachowania. Ta dziewczyna był starsza od niego… była popularna… i na dodatek była piękna. Nie miał u niej żadnych, nawet najmniejszych szans. Poza tym, takie dziewczyny na pewno mają chłopaków. Z drużyny. Takie dziewczyny, jak ona, nie są same i nie czekają na niezdarnych chłopców, którzy jąkają się przy każdej dziewczynie, która nie jest członkiem ich rodziny. Westchnął cicho i ponownie skupił się na talerzu stojącym na tacy. Zimny makaron smakował jeszcze gorzej. Odłożył widelec na tacę. Ukradkiem spojrzał na szatynkę, która wraz z koleżanki wstała z miejsca. Odprowadził ją wzrokiem aż do wyjścia… a potem sam wstał i wziął tacę, którą odstawił na ladę. Pora na największy koszmar. Matematyka. Ona na pewno był mistrzem w matematyce… Przeczesał palcami włosy. Wyglądała na taką dziewczynę, która jest idealna. We wszystkim. Gdzie tam mu do niej, pomyślał, a potem wzdychając cicho, wyszedł ze stołówki.
…
We were sad of getting old
It made us restless…
Wszedł do sypialni i zapalił lampę stojącą w rogu. Powoli podszedł do szafy i otworzył ją na oścież… w nozdrza uderzył go zapach kobiecych perfum. Jej ubrania nadal pachniały tak samo. Automatycznie zamknął szafę. To zły moment. W życiu tego nie zrobi. Co z tego, że lekarz powiedział, że byłby to idealny sposób na rozliczenie się z przeszłością? Nie mógł tak po prostu wyrzucić jej rzeczy… jakby już jej nie było… Wziął głęboki oddech i policzył do dziesięciu… a potem ponownie otworzył szafę i zdjął z wieszaka pierwszą rzecz. Błękitny sweter… przyłożył materiał do nosa. Pachniał lawendą. Prowansją. Wspomnienia uciekły do ich pierwszych spotkań. Do klasztoru. Do biblioteki. Pisała wtedy pracę… a on usilnie próbował się wyleczyć z nieszczęśliwej miłości i złamanego serca. Odłożył sweter na łóżko i złożył go w staranną kostkę. Usiadł na łóżku. Czuł się dziwnie. Jakby coś się definitywnie kończyło, a on nie miał ochoty na kolejne nieszczęśliwe zakończenie w swoim życiu. Miał ich zdecydowanie zbyt wiele. Przez chwilę siedział na łóżku, przyglądając się zawartości szafy… próbując przekonać samego siebie, że jest gotowy. Że może to zrobić. Że potrafi. Przeczesał nerwowym gestem włosy.
- Co robisz, tato? – W drzwiach do pokoju stanęła blondynka. Była wierną kopią swojej matki. Nie tylko wyglądem, ale także charakterem. Była tak samo spokojna i ciepła jak ona. Miała jej inteligencje i hart ducha. Wstał z łóżka i ponownie podszedł do szafy. Dopiero, gdy zdjął z wieszaka kolejną rzecz, spojrzał na córkę ze spokojnym uśmiechem na ustach.
- Pakuję rzeczy mamy. – odpowiedział, kładąc bluzkę i na łóżku. Złożył ją tak jak sweter i odłożył na bok. Blondynka weszła do pokoju i usiadła na łóżku.
- Nie musisz tego robić. – powiedziała, przesuwając dłonią po materiale bluzki.
- Lekarz powiedział, że to mi dobrze zrobi. – odpowiedział, zdejmując z wieszaka zieloną sukienkę. Kupił ją sam… na jej urodziny. Nie zdążyła jej nawet założyć. Nadal miała zawieszoną metkę przy dekolcie. Położył ją na łóżku i zaczął składać. Poczuł dłoń na ramieniu.
- Naprawdę nie musisz. – powiedziała. Drgnął pod dźwiękiem jej głosu.
- To chyba pora. Minęło już tyle czasu. – odpowiedział, siadając na łóżku obok córki.
- Ja to zrobię. – powiedziała, ściskając jego ramię.
- Naprawdę? – zapytał, patrząc szeroko otwartymi oczami na młodą kobietę przed sobą. Miał rację. Był wierną kopią swojej matki. Ona też zawsze robiła to, na co jemu nie starczało siły.
- Większość tych rzeczy jest w moim rozmiarze. Może coś mi się spodoba? – uśmiechnęła się ciepło. – Nie musimy ich wyrzucać… - dodała cicho. Westchnął.
- Przepraszam. – powiedział ze skruchą.
- Nie musisz. Rozumiem. – powiedziała, przytulając się do niego.
- Nie jestem dobrym ojcem.
- Jesteś wspaniałym ojcem. Tylko trochę się pogubiłeś. Ale ja pomogę Ci się odnaleźć. I Danny też.
- Danny… - zaczął. – On… chyba też nie radzi sobie najlepiej. – Dziewczyna uśmiechnęła się smutno, ale nic nie powiedziała. – Czasem mam wrażenie, że go nie znam. Zmienił się. Kiedyś był wesoły, wszędzie było go pełno. A teraz? Mam wrażenie jakby schował się we własnej skorupie. Nawet nie chce ze mną rozmawiać. – Blondynka ścisnęła jego dłoń w pocieszającym geście.
- Poradzimy sobie. Jesteśmy rodziną. – powiedziała. Odpowiedział takim samym uściskiem. Gdyby tylko miał tak silną wiarę jak ona…


No to już wiem trochę więcej....po pierwsze Gisela. Głupol ze mnie....myślałam, że to będzie następna rywalka Megg, a to zwyczajna przyjaciółka jej córki. Boże co to za miłość, że mimo upływu tylu lat, nadal tak bardzo boli. Szkoda mi jej.....przecież mogłaby się w coś zaangażować i ponownie zakochać jak Paddy. Czy nie spotkała nikogo takiego, czy zwyczajnie nie chciała zapomnieć o nim? On już pewnie nawet nie wie kto to Meggi? Martunia, jak duża jest róznica pomiędzy Danym, a Ellie? Ona chyba bardziej w wieku starszej córki Patricka? Ten chłopiec mnie bardzo wzruszył...... Fajnie jakby zagrali razem w przedstawieniu.....ona baletnica, on muzyk. I znowu trzeba czekać. Buuuuuuuuuuuuuuuu....
OdpowiedzUsuńNie wiem, na które pytanie odpowiadać... z tą miłością to nie przesadzajmy, to bardziej był szok, zaskoczenie, a silne emocje powodują zawsze silne reakcje. Jeżeli chodzi o Ellie, to jest dwa lata starsza od Dana i rok młodsza od Edith 😉 I trzeba czekać... takie życie, ja piszę, czytelnicy czekają, ale spokojnie, na razie miesięcznych przerw nie będzie 😘
UsuńNa początku akapity zupełnie nie wiadomo kto co mówi, ale potem jest już lepiej, bo można się domyśleć. Choć rzadko padają imiona. Współczuję utraty bliskiej osoby. No i ciekawa jestem, co będzie dalej. Na razie poznajemy bohaterów.
OdpowiedzUsuń