Rozdział III - Whole world is watching
You live your life,
You go day by day like nothing can go wrong…
Rozmawiając z koleżankami, przekroczyła próg szkoły. Było jeszcze wcześnie. Na korytarzach kręciło się tylko kilku uczniów. Sprzątaczka z wózkiem wynosiła właśnie śmieci do kontenera stojącego na zewnątrz.
- Macie dzisiaj próbę? – zapytała Gisela, stając obok swojej szafki.
- Nie. Dopiero za tydzień. – odpowiedziała, wstukując odpowiedni szyfr, a następnie otwierając drzwiczki, aby wyjąć potrzebne podręczniki.
- To jakie masz plany na popołudnie? – zapytała brunetka, stojąca obok, bawiąc się paskiem od swojej torby. Uśmiechnęła się do niej… chwilę później jej uśmiech poszerzył się jeszcze bardziej, gdy zobaczyła kogoś stojącego za plecami koleżanki.
- Przepraszam. – powiedziała, uśmiechając się do koleżanek, a potem podeszła do wysokiego chłopaka, stojącego po drugiej stronie korytarza. Opierał się o rząd szafek i uśmiechał do niej łobuzersko.
- Cześć, skarbie. – powiedział, splatając palce z palcami jej własnej dłoni. Przytuliła się do chłopaka, a ten w odpowiedzi objął ją i przyciągnął mocniej do siebie. Wzięła głęboki oddech, wdychając zapach jego perfum i żelu pod prysznic, którego zawsze używał.
- Cześć. – powiedziała, zalotnie. – Stęskniłam się za Tobą. – dodała, patrząc prosto w jego jasne oczy.
- Przepraszam, że wczoraj nie zadzwoniłem, ale miałem trening.
- Nic się nie stało.
- Dzisiaj też mamy ważne spotkanie. – powiedział. – Trener chce znaleźć nowych sponsorów na sezon. Gramy mecz, jeszcze zanim zaczną się prawdziwe rozgrywki. Ale może jutro gdzieś wyskoczymy? – zapytał, zbliżając twarz do jej ucha. Czuła jego oddech na swojej szyi.
- Jasne. – odpowiedziała wesoło.
- To zdzwonimy się jeszcze. – powiedział. Potem pocałował delikatnie jej usta… chwilę później zniknął za rogiem korytarza. Uśmiechnęła się do siebie i przesuwając opuszkami palców po ustach, odwróciła się w przeciwną stronę, aby udać się do odpowiedniej klasy. Nie zauważyła chłopca, który właśnie wyszedł z bocznego korytarza i weszła na niego. Chłopak wypuścił z rąk podręczniki, które upadły z hukiem na ziemię. Dopiero teraz podniosła wzrok i spojrzała na niego. Jednak on w tym samym momencie spuścił wzrok, wyraźnie zaczerwieniony.
- Przepraszam. – wydukał.
- To chyba ja powinnam przeprosić. – powiedziała. – To ja na Ciebie weszłam. – powiedziała, kucając na podłodze, aby pozbierać podręczniki, które rozsypały się na płytkach.
- To nic… Ja też nie patrzyłem. – powiedział cicho. Powoli zaczął zbierać podręczniki i układać je w odpowiedniej kolejności w swoich ramionach. Robił to na dodatek z takim zaangażowaniem, że miała wrażenie, że od tego zależy jego życie… poza tym nadal na nią nie patrzył, tylko rumienił się wściekle… uśmiechnęła się do siebie. Jeszcze nigdy nie spotkała tak nieśmiałego chłopaka.
- Proszę bardzo. – powiedziała, podając mu ostatnie podręczniki.
- Dziękuje. – wyjąkał.
- Zaraz mam zajęcia. – powiedziała, chcąc nawiązać jakąkolwiek rozmowę.
- Ja… wiem. Masz literaturę. – spojrzała zaskoczona.
- Skąd wiesz? – zapytała.
- Masz podręcznik. – powiedział tak cicho, że musiała mocno wytężyć własny słuch, aby zrozumieć, co takiego mówi.
- No tak. – zaśmiała się cicho. – Mam na imię Ellie. To znaczy Elizabeth, ale przyjaciele mówią na mnie Ellie. – powiedziała.
- Daniel. – wydukał.
- Miło mi Cię poznać. – wyciągnęła w jego stronę rękę, ale on jej nie uścisnął… opuściła rękę wzdłuż ciała. Nastąpiła niezręczna cisza, którą przerwał dopiero głośny dźwięk dzwonka, wzywającego uczniów na lekcję. – Do zobaczenia. – powiedziała, uśmiechając się do chłopaka.
- Do zobaczenia…
…
Then scars are made, they're changing the game
You learn to play it hard…
Usiadł zgarbiony w ostatniej ławce. Z plecaka wyjął zeszyt i podręcznik. Położył wszystko na blacie. Chwilę później zabrzmiał dzwonek i do sali zaczęli wchodzić młodzi ludzie, którzy do ostatniego momentu wykorzystywali przerwę… on właściwie nie wychodził z sali, jeżeli nie musiał. Nauczyciele już zdążyli przyzwyczaić się do tego, że w niej zostawał. Zawsze sam. Z długopisem w rękach i zeszytem rozłożonym na blacie, w którym notował coś przez całą przerwę, a nieraz i na lekcji. Chwilę później do pomieszczenia wszedł nauczyciel, niosąc w rękach stos białych kartek wypełnionych niezdarnie różnokolorowym długopisami. Jęknął bezgłośnie…
- Mam wasze ostatnie prace. – powiedział mężczyzna, odkładając kartki na blat biurka. – Jest lepiej, niż ostatnio… oczywiście nie u wszystkich. – dodał i wyraźnie spojrzał w jego stronę. Spuścił głowę, czerwieniąc się mocno… skupił wzrok na kartce papieru przed sobą i zaczął liczyć krateczki w zeszycie. Nauczyciel powoli kroczył między ławkami, rozdając kartki poszczególnym uczniom. Co chwila słychać było krzyk radości, bądź jęk, gdy ktoś dostał ocenę niższą, niż przypuszczał. Nawet nie podniósł oczu, gdy cień nauczyciela pojawił się przy jego ławce. Nie spojrzał też na kartkę, którą położył na jego ławce. Dokładnie wiedział, co jest na niej napisane. Mogło być tylko gorzej, niż ostatnio… Przykrył kartkę podręcznikiem, aby nie rzucała się za bardzo w oczy. I tak wszyscy traktowali go jak najgorszego, dokładanie łatki nieuka było ostatnią rzeczą, na jaką miał ochotę. Lekcja mijała bardzo powoli… co chwila zerkał na zegarek wiszący na ścianie, ale ten jak na złość nie chciał iść do przodu. Wskazówki przesuwały się jeszcze bardziej leniwie, niż żółwie. Nawet nie próbował nic notować. To i tak nie miało żadnego sensu… skoro nie umiał nic z poprzednich tematów, to ten będzie tak samo trudny. Zmarnuje tylko czas na notowanie. Wyjął więc swój czarny notatki i zaczął pisać krótkie słowa, które przychodziły mu na myśl… może uda mu się napisać kolejną piosenkę? Ojciec kiedyś powiedział, że ma do tego talent… chociaż ten jeden. Bo do niczego innego się zwyczajnie nie nadawał.
Get up
Come on
Why're you scared?
You'll never change
What's been and gone
Minęła niemal wieczność, gdy wreszcie usłyszał dzwonek zwiastujący koniec zajęć. Wstał i powoli zaczął pakować swoje rzeczy. Nie spieszył się. I tak wolał poczekać aż wszyscy wyjdą…
- Daniel? Możemy chwilę porozmawiać? – powoli podszedł do biurka nauczyciela, nawet nie mówiąc ani słowa. – To Twoja kolejna jedynka. Czy coś się dzieje? Masz jakiś problem? – zapytał.
- Wszystko w porządku. – odpowiedział cicho.
- Nie chcę znowu dzwonić do Twojego ojca… - westchnął mężczyzna. – Ale powinieneś pomyśleć o jakichś dodatkowych zajęciach. Może ktoś ze starszych kolegów mógłby Ci pomóc?
- Nie sądzę… - westchnął. – Nie mam zbyt wielu kolegów.
- Rozumiem… - powiedział nauczyciel, a potem uważniej mu się przyjrzał. Lekko zgarbiony, młody chłopak… zagubiony w nowej szkole i nowej rzeczywistości. I zrobiło mu się go żal. Tak po ludzku. Chłopak stracił matkę, jego ojciec sam ma problem z radzeniem sobie z żałobą, by zauważyć, że z jego synem coś jest nie do końca w porządku… do tego jest wyraźnie samotny. Nie przyznaje się, ale nie ma żadnych kolegów w nowej szkole… - Postaram się sam zorganizować dla Ciebie zajęcia.
- Czy to konieczne? – zapytał, jeszcze mocniej się garbiąc, a jego policzki zarumieniły się. Nie chciał być traktowany jak nieudacznik… nawet jeżeli sam tak się właśnie czuł.
- Przykro mi, ale tak. Nie radzisz sobie, a ja nie mam już kiedy zorganizować zajęć indywidualnych, a wspólne koło naukowe to dla Ciebie zdecydowanie za mało. – powiedział mężczyzna z wyraźnym żalem w głosie.
- Jak pan uważa… - westchnął cicho.
- Przyjdź do mnie jutro na przerwie na lunch. Do tego czasu postaram się zorganizować kogoś, kto Ci pomoże. – powiedział.
- W porządku. – powiedział cicho. – Mogę już iść?
- Tak. Proszę. – powiedział mężczyzna, a on zarzuciwszy plecak na ramię, wyszedł z sali. Korytarze świeciły pustkami… zajęcia się skończyły i wszyscy zdążyli opuścić mury szkoły… a on dopiero teraz, gdy wszędzie było cicho, poczuł się tutaj pewnie.
…
What are you waiting for?
What are you fighting for?
Cause time's always slipping away,
The whole world is watching…
Wszedł do cichego i ciemnego domu. Zamkną za sobą drzwi, jednocześnie odpinając zamek skórzanej kurtki, którą następnie zdjął i odwiesił na wieszak w korytarzu. Zajrzał do salonu… pusto. W tle migała czerwona lampka automatycznej sekretarki. Podszedł do niej i wcisnął odpowiedni przycisk. W pomieszczeniu rozległ się kobiecy głos…
- Hej! Nie odzywasz się. Wiem, że nie jest Ci łatwo, ale gdybyś…. Z resztą. Oddzwoń po prostu, dobrze? Kocham Cię braciszku. – Nacisnął przycisk, aby usunąć wiadomość… i tak nie oddzwoni. Raz popełnił ten błąd… czuł się gorzej, niż na wizycie u psychologa. Kolejna wiadomość była jeszcze krótsza. Nawet nie odsłuchał jej do końca… gdy tylko usłyszał głos starszego brata, automatycznie usunął wiadomość. Kilka kolejnych nagrali dziennikarze, którzy od śmierci żony nie dawali mu spokoju, usiłując zmusić go do udzielenia wywiadu, który zapewne skończyłby się i tak tylko pytaniami o to, dlaczego przestał koncertować. Jakby śmierć najbliższej osoby nie była wystarczającym powodem do zawieszenia kariery… ostatnia wiadomość jednak różniła się od pozostałych. Melodyjny głos starszej kobiety wypełnił pomieszczenia.
- Halo? Czy ja mogę już mówić, pani Henderson? Czy to już działa?
- Tak, pani dyrektor! – odpowiedział ktoś w tle.
- Dzień dobry, panie Kelly. Nazywam się Amelia Rotten i jestem dyrektorem liceum, do którego uczęszcza pański syn. Chciałabym się z panem spotkać i porozmawiać o problemach syna w szkole. Proszę o spotkanie jutro o 11:00. Do zobaczenia. Jak mam to wyłączyć, pani Henderson? – sygnał końca wiadomości zabrzmiał niczym wystrzał w pomieszczeniu. Usiadła na fotelu i przetarł oczy dłońmi… tego się właśnie obawiał, gdy Danny szedł do nowej szkoły. Jego syn nigdy nie był przesadnie otwarty, ani przebojowy… odnalezienie się w nowym miejscu zawsze sprawiało mu większe trudności, niż innym dzieciom w jego wieku, a gdy stał się nastolatkiem problemy się jeszcze bardziej nasiliły. Śmierć matki była zaś dodatkowym bodźcem… oparł głowę na kolanach, wzdychając cicho. Psycholog miał rację. Powinien rzeczywiście częściej z nim rozmawiać, może wtedy byłoby mu łatwiej? Powoli wstał z fotela, a potem przeszedł przez korytarz i wszedł schodami na górę. Drzwi do pokoju Daniela były zamknięte, ale ze szpary sączyło się nikłe światełko lampy. Otworzył drzwi i wszedł do środka. Nastolatek leżał na łóżku, odwrócony plecami do wejścia. Na uszach miał słuchawki… wszedł dalej i podszedł do niego. Przysiadł na brzegu materaca i dotknął ramienia syna… chłopak zdjął słuchawki, ale się nie odwrócił…
- Wszystko w porządku? – zapytał go, wiedząc, że go słucha… ale Danny nic nie odpowiedział, więc po chwili kontynuował. – Dzwoniła dyrektorka Twojej szkoły. Chce się ze mną jutro spotkać. Czy powinienem coś wiedzieć? – zapytał, ale chłopak nadal nie otworzył ust. Westchnął głośno, a następnie pociągnął syna za ramię, aby odwrócić go w swoją stronę. Niemal od razu rzuciła mu się w oczy czerwona pręga na policzku syna i sino-fioletowy ślad pod prawym okiem. – Co Ci się stało?
- Nic… - odpowiedział cicho chłopak.
- Biłeś się z kimś? – zapytał szczerze.
- Graliśmy w piłkę. Oberwałem. – powiedział… ale on wiedział, że kłamie. Wtedy nigdy nie patrzył mu w oczy… a poza tym, zdradzały go zawsze rumieńce, a teraz był czerwony niczym burak. Mimo to, nie skomentował… widział, w jakim stanie jest chłopak i nie chciał utrudniać mu już i tak trudnej sytuacji.
- Widział to ktoś? – zapytał, dotykając policzka syn. Chłopiec syknął cicho, gdy tylko dotknął piekącej rany. Szrama był spora… i mocno zaczerwieniona, jakby do tej pory sączyła się z niej krew.
- Pielęgniarka. – powiedział tylko. Jeszcze raz, tym razem dokładniej przyjrzał się ranie syna. Podbite oko było lekko sino-zielone i wyraźnie zaczerwienione… Westchnął tylko i odsunął rękę od twarzy syna. Ten automatycznie położył się z powrotem na poduszkę, odwracając się w stronę okna. Padało. Krople deszczu spływały po brudnych szybach.
- Powinniśmy porozmawiać… - powiedział, gdy cisza coraz bardziej zaczęła ciążyć na jego barkach.
- Już mówiłem, to tylko piłka. – powiedział poirytowany nastolatek.
- Nie o tym. – powiedział poważnie.
- To o czym? – widział jak pięści syna zaciskają się coraz mocniej, aż pobielały mu palce.
- Ostatnio w ogóle się nie odzywasz, Danny. Gdy tylko wejdziesz do domu, zaraz uciekasz do pokoju i się w nim zamykasz. Wiem, że to wszystko nie jest dla Ciebie łatwe. Dla mnie też nie… ale jeżeli będziemy w tym razem, to będzie nam łatwiej. – powiedział spokojnie.
- Nic nie rozumiesz. – powiedział nastolatek.
- To mi wytłumacz. Powiedz, jak się czujesz… co Cię boli? Powiedz… a na pewno Ci pomogę. Jeżeli masz jakieś problemy w szkole, to też możesz mi powiedzieć… - nastolatek podniósł się gwałtownie na łóżku… oczy mu błyszczały.
- Nic się nie dzieje, do cholery! – krzyknął. – Po prostu mam dość. Tej szkoły, mojej klasy… i mam dość Ciebie! – Wstał z łóżka i wybiegł z pokoju. Słyszał jego szybkie kroki na schodach, a potem trzaśnięcie drzwi na dole… był koszmarny ojcem, skoro nie potrafił nawet rozmawiać z własnym synem… a przecież to on kiedyś był pierwszą osobą, do której przychodził…
…
You build your walls,
Then break them away,
Cause that is what it takes…
Zapadła noc… wszędzie panowała cisza, którą przerywało tylko tykanie starego zegara w salonie. Na stoliku stał kieliszek do połowy wypełniony winem, a na kolanach leżał album ze zdjęciami. Ostatnio coraz częściej nachodziły ją wspomnienia. Nie zawsze jednak były one złe… przynajmniej wtedy, kiedy nie można ich było nazwać wspomnieniami. Zdjęcie ze ślubu. Pierwszego. Teraz, gdy patrzyła na to wydarzenie z perspektywy czasu, miała wrażenie, że to małżeństwo było karą za wszystkie popełnione wcześniej błędy… jakby ktoś u góry chciał jej pokazać jak bardzo zawaliła i jak wiele musi przeżyć, żeby docenić prostotę normalnego życia, które udało jej się osiągnąć dopiero po wielu latach… Jej pierwszy mąż, Richard był… przyjrzała się zdjęciu, na którym uśmiechnięty mężczyzna obejmował jej talię. Nie mogła powiedzieć, że całe małżeństwo było złe… to wszystko zaczęło się zdecydowanie później, po urodzeniu Elizabeth. Wcześniej byli naprawdę szczęśliwym małżeństwem. Może nie idealnym, ale przecież takich nie ma, tak samo jak nie ma idealnych ludzi. Ale gdy Ellie była mała, wszystko nagle zaczęło się walić. Na początku to były małe rzeczy… awantura o to, że wróciła później, niż zwykle… albo wymówki, gdy nie zdążyła ugotować obiadu. To były małe rzeczy… drobnostki, które jednak z czasem przerodziły się w coś znacznie większego i jednocześnie w coś, czego bardzo długo nie przyjmowała do wiadomości. Pierwszy prawdziwym kryzys przeżyła w momencie pierwszego uderzenia… ale nawet wtedy była skłonna mu wybaczyć. Ze względu na córkę, dla której cały czas był wręcz idealnym ojcem. Przeżyła jedno uderzenie, drugie… przeżyła nawet te złamania, które wysłały ją do szpitala. Była w stanie znieść wszystko. Dla niej. Ale pewnego dnia dotarło do niej, że to może mu kiedyś nie wystarczyć… że ona będzie zbyt łatwym celem, a kolejnym niemal naturalnie stanie się ich córka. Wtedy uciekła. Spakowała siebie i córkę i wyjechała do Austrii. Nie szukał jej specjalnie… papiery rozwodowe wysłała przez prawnika… i już nigdy więcej go nie spotkała. W Insbrucku mieszkała niecałe dwa lata… ale nigdy nie potrafiła zdobyć się na to, by potraktować to miejsce jak własny dom. To zawsze był obcy kraj… to było obce życie. Wiedziała, że w końcu będzie musiała wrócić do Kolonii. Prędzej czy później. Poczekała tylko do momentu, aby Ellie była na tyle duża, żeby móc iść od przedszkola. Wtedy wróciła. Nie było łatwo. Długo szukała pracy, a i potem wcale nie było kolorowo. Jedna marna wypłata redaktorki, aby utrzymać siebie, dziecko i mieszkanie? Do tej pory pamiętała dni, kiedy zastanawiała się, czy kupić chleb, czy może zapłacić za przedszkole. I to nigdy nie był dobry wybór. Nie było takiego. Nikt jej nie dał wyboru dobrej drogi. A potem nagle na jej drodze pojawił się Christian… nieufna i zamknięta w sobie bardzo długo odpychała go od siebie. Bała się. Nie o siebie, ale o to, że Ellie znowu poczuje jak to jest mieć ojca… tylko po to, by go później stracić. Ale on przychodził… i nie pozwalał o sobie zapomnieć. Gdy pomógł jej znaleźć lepszą pracę, zrozumiała, że warto go mieć przy sobie. To nie była miłość od pierwszego wejrzenia… nawet nie była pewna, czy to w ogóle była miłość. Był jej przyjacielem, najlepszym. Takim, o jakich się marzy. A potem powoli… dzień po dniu. Coraz bardziej przyzwyczajała się do jego obecności. Najpierw takiej okazyjnej… gdy przyjechał na kolację, albo na przyjęcie urodzinowe… potem tej codziennej, gdy wpadał zwyczajnie, aby zapytać co słychać. Pokochała jego telefony, które czasami nic nie wnosiły, ale sprawiały, że czuła się lepiej… przy nim znowu poczuła się wartościowa, poczuła się kochana. A to było uczucie, o którym już dawno zdążyła zapomnieć. Wzięli ślub, gdy Elizabeth skończyła szkołę podstawową. Ich życie wywróciło się do góry nogami. Z małego, wynajętego mieszkanka w ubogiej dzielnicy przeniosły się na przedmieścia, do wielkiego domu, w którym przez pierwsze miesiące nieustannie się gubiły. Ale wreszcie były szczęśliwe. Miały prawdziwy dom, prawdziwą rodzinę. Christian był wspaniałym mężczyzną. Był czuły, kochający… był idealnym ojcem dla Ellie. Czasami miała nawet wrażenie, że jest lepszym ojcem, niż ona kiedykolwiek będzie matką. Ona się myliła, czasami nie mogła pohamować złości… a on w tym samym czasie był oazą spokoju. Był osobą, która była jej potrzebna. Koił jej nerwy, uśmierzał ból… zmniejszał lęk, a jednocześnie dawał ogromną radość. Nie miało dla niej znaczenie, że nie może mieć dzieci. Ellie była jego oczkiem w głowie, a ona i tak nie czuła się na tyle pewnie w roli rodzica, aby jeszcze raz pozwolić sobie na macierzyństwo. Tak było dobrze… Przewróciła kolejną kartkę w albumie…
- Dlaczego nie śpisz? – poczuła delikatny dotyk zarostu na nagim ramieniu.
- Nie jestem zmęczona. – odpowiedziała, odwracając twarz w stronę mężczyzny. Ten w odpowiedzi pocałował delikatnie jej usta, przygryzając przy tym lekko wargę. Westchnęła cicho.
- Jest późno skarbie, chodź do łóżka. – powiedział, wyciągając w jej stronę dłoń, którą machinalnie przyjęła, splatając ze sobą ich palce. Pociągnął ją lekko, prowadząc najpierw przez korytarz, a potem schodami na górę… Na sofie został album, który otworzył się na stronie, gdzie było tylko jedno, stare zdjęcie... Tak pożółkłe, że już niewiele było na nim widać... dwie postaci, młoda dziewczyna i chłopak z gitarą... wspomnienie...

Martuś czekasz na opinie....nie tym razem. Nigdy nie skupiałam się na błędach, czy formie w jakim piszesz. Chłonę treść jak gąbka wodę, bo za tym zwyczajnie tęskniłam. Za rozterkami Megg, za zagubieniem Padda. Staram się.....bardzo się staram, skupiać na tym co ważne. Na Dannym, na Elli, ale muszę być z Tobą szczera......wspomnienia i albumowy seans, był tym nad czym zawiesiłam się na dłużej. Nie pytaj ile razy czytałam. Mam ochotę wrócić do NWR....ale się boję, że znienawidzę dzieci Joey. Kurcze, ale juz tak na marginesie, czym jest szczęście Megg? Substytutem? I czy Paddy nie mając bezpiecznej ręki ukochanej żony na ramieniu i zielonych oczu odbitych w swoich, jest w stanie przyznać otwarcie.....Przeszłość została pogrzebana?
OdpowiedzUsuńFajnie, że wróciłaś. Poprawił Ci się styl, dojrzalas, ale dalej jest tym samym,co kiedyś. Sposób, w który opisujesz uczucia jest świetny. Po co Meg wraca do tego albumu ? To już było. Nie wróci. Ale to się tak nie da. No nie da się. To będzie wracać. Takie jest życie. Idę dalej.
OdpowiedzUsuń