Rozdział IV - Burning House
I've been sleepwalking, been wandering all night
Trying to take what's lost
and broke and make it right...
<3
and broke and make it right...
<3
- Pójdziemy gdzieś wieczorem? – zapytała, siedząc na jego kolanach w stołówce szkolnej. Gwar w pomieszczeniu sprawiał, że musiała mocno nachylić się do ucha chłopaka, aby przekrzyczeć wszystkie głosy. Siedzieli właśnie przy stoliku z jego drużyną… może nie było to towarzystwo, w którym czuła się najlepiej, ale… nie była jak te wszystkie panny, które siedziały na kolanach swoich chłopaków, nawet jeżeli tak właśnie się wydawało na pierwszy rzut oka. Zawsze lubiła mówić, że to dlatego, że jest lepsza, bardziej inteligenta… że ma własne zdanie… ale z tygodnia na tydzień coraz częściej zastanawiała się czy faktycznie tak właśnie jest. Może była taka sama? Przecież tak samo zakładała nogę na nogę, tak samo czesała włosy w wysoki kucyk i zakładała krótką spódniczkę… może więc nie różniła się aż tak bardzo od tych dziewczyn, jakby chciała?
- Nie mogę. – odpowiedział, przegryzając jednocześnie kurczaka. Skrzywiła się niewyraźnie, ale nic nie powiedziała… i to by było na tyle z mówienie, co się myśli.. westchnęła cicho, podnosząc się z kolan chłopaka. – Gdzie idziesz? – zapytał.
- Za chwilę mam próbę. – powiedziała.
- Poczekaj, odprowadzę Cię! – powiedział i niemal na raz połknął resztę kanapki, która leżała na talerzu przed nim… a ona grzecznie poczekała przy stoliku. Poczuła jak chwilę później obejmuje ją w talii ramieniem i prowadzi w stronę wyjścia ze stołówki. Przez jakiś czas się nie odzywała, nadal analizując swoją sytuację… kim naprawdę była? Przykładną uczennicą? Inteligentną dziewczyną? Czy po prostu dziewczyną swojego chłopaka? Ta ostatnia wersja zdecydowanie się jej nie podobała… ale miała wrażenie, że nie potrafi inaczej. Nie przy nim… chciała robić na nim wrażenie, chciała być kimś, mógłby się pochwalić, a nie kimś, kogo będzie chował w szafie przed kolegami. Ale czy to naprawdę tak powinno być? Czy nie starała się za bardzo…? – Coś się stało? – to pytanie wyrwało ją z zamyślenie… tak mocnego, że przez chwilę musiała się zastanowić, gdzie jest i z kim rozmawia.
- Nie. Dlaczego? – uśmiechnęła się ciepło do chłopaka. To przecież nie jego wina, że ona ma problem z postrzeganiem siebie.
- Nic się nie odzywasz. – powiedział, patrząc jej w oczy.
- Wszystko jest w porządku. – powiedziała.
- Przyjedziesz na mój trening? – zapytał, zmieniając temat.
- Nie mogę. Mam lekcje. – powiedziała.
- Ten twój durny balet? – zapytał, uśmiechając się pod nosem.
- Balet nie jest durny. – zaperzyła się. Nie lubiła, gdy ktoś nabijał się z jej lekcji tańca, nawet jeżeli był to jej własny chłopak.
- Oj daj spokój! Nabijam się tylko! – zaśmiał się, a następnie przytulił ją mocniej do swojego boku. Przez chwilę żadne z nich nic nie mówiło. Na chwilę zatrzymali się przy jej szafce, aby mogła wyjąć z niej scenariusz potrzebny na próbie. Odwracając się, pod ścianą zauważyła chłopaka… drobny brunet z zamkniętymi oczami i ciężkim oddechem opierał się o przeciwległą ścianę. Niemal automatycznie zamknęła szafkę i Obróciła się w jego stronę.
- Wszystko w porządku? – zapytała.
- Tak... – powiedział niewyraźnie.
- Na pewno? – zapytała, przyglądając się mu uważnie.
- Nie zbawisz świata! – warknął.
- Hej, młody! Opanuj się!- Rick podniósł głos, podchodząc do dwójki.
- Bo co? Znowu mnie walniesz? – zapytał, uśmiechając się szyderczo… widziała, jak jego policzki rumienią się coraz bardziej, a oczy ciskają pioruny.
- A żebyś wiedział! – warknął blondyn, ale nie uniósł dłoni.
- Rick, daj mu spokój. – powiedziała powoli. – Jest zdenerwowany. Nie wie, co mówi. Odpuść. – dotknęła jego ramienia i ścisnęła lekko.
- Obraził Cię! – warknął.
- To nic. – powiedziała. - Chodźmy już. Zaraz spóźnię się na próbę. – odwróciła się i pociągnęła go za sobą…
- Jasne, idź sobie… - powiedział chłopak. Blondyn odwrócił się automatycznie, a jego oczy ponownie rozjaśniła furia.
- Nagrabiłeś sobie. – zamachnął się ręką i uderzył chłopaka w nos. Trysnęła struga czerwonej mazi… poczuła smak i zapach krwi, która rozlała się na posadzce.
- I co? Ulżyło Ci? – zapytał.
- Mam Cię jeszcze raz uderzyć? Może to Cię czegoś nauczy. – zapytał, opierając się dłonią o ścianę… po prawej stronie głowy chłopaka.
- Rick! – podniosła głos.
- Prosił się! – powiedział wyjaśniająco.
- Co tu się dzieje? – kobiecy głos rozniósł się po korytarzu… skuliła się wewnętrznie. Brakowało tu tylko dyrektorki… będzie oczywiste, kto jest winny, bo tylko jedna osoba stała z krwawiącym nosem… chciała uciec… schować się, by nie być świadkiem dalszych wydarzeń.
- Sprowokował mnie, pani dyrektor. – powiedział Rickon. – Obrażała moją dziewczynę.
- To jeszcze nie powód, aby wszczynać bójkę. Do mojego gabinetu! Obaj! Już! – powiedziała stanowczo kobieta, a następnie odwróciła się na pięcie i poszła prosto do swojego gabinetu… dwaj chłopcy, poszli z nią… jeden z nich pewny, wyprostowany… drugi zgarbiony, jakby dopiero teraz dotarła do niego groza całej tej sytuacji… na koniec usłyszała jeszcze jego cichy głos.
- Byłoby lepiej, gdyby uderzył mocniej…
…
I've been sleepwalking too close to the fire
But it's the only place that I can hold you tight
In this burning house…
Wszedł do szkoły i krocząc opustoszałymi korytarzami, poszedł w stronę gabinetu dyrektora. Ostatni raz był tutaj wtedy, gdy Daniel składał papiery do szkoły. I wolałby, gdyby na tym się właśnie skończyło… cicho otworzył drzwi gabinetu. Przy biurku siedziała kobieta około czterdziestki. Dosyć mocno wymalowana, jak na jego gust. Gdy usłyszała trzaśnięcie drzwi, podniosła wzrok znak ekranu komputera.
- Słucham? – zapytała, znudzonym tonem.
- Jestem umówiony z dyrektor Rotten. – powiedział.
- Musi pan poczekać. Pani dyrektor ma teraz rozmowę z uczniami. To może chwilę potrwać. – powiedziała, wskazując na dwa niewygodne, drewniane krzesła stojące pod ścianą. Usiadł. Nie zaproponowano mu kawy… nie dano nawet wody. Poczuł się jak jeden z tych zwykłych ludzi, których olewają we wszystkich instytucjach, traktując go niczym zło konieczne. A przecież jeszcze kilka lat temu to było nie do pomyślenia… teraz nikt o nim nie pamiętał. A może właśnie on sam dał o sobie zapomnieć, usuwając się w cień tuż po śmierci żony? Wtedy to wydawało się takie oczywiste… takie… właściwe. Oddanie czegoś. Poświęcenie. Znak, że o niej pamięta, że bez niej muzyka już nie ma znaczenia. Była jego muzą, weną… była gamą pomysłów, czasem szalonych, ale jakże pięknych… Ale gdy jej zabrakło, to nawet muzyka przestała grać, fałszowała dźwięki, które kiedyś były takie piękne. Muzyka straciła dla niego sens, bo nie mogła już wyrażać miłości… a nie umiał pisać, nie czując nic. Oparł się o niewygodne drewniane oparcie, a głowę odchylił tak, że dotykała zimnej ściany. Wolałby być daleko… niedługo rocznica. Kolejny rok bez niej… powinien coś robić, działać… a on zamiast tego pogrążał się coraz bardziej w rodzinnych problemach. Może jego siostra miała rację, mówiąc, że sam sobie nie poradzi? Ale wtedy był uparty… nie chciał pokazać, że nie potrafi… że nie umie w całości utrzymać własnej rodziny, ale to wszystko teraz zaczęło pokutować. Na początku wydawało się być w porządku… Danny był tak bardzo młody i nie rozumiał wszystkiego… i może dlatego to wszystko zwaliło się na niego później. Ominęła go ta walka, którą przeżyli on i Edith… choroba jego żony była długa i wyniszczająca. Nie tylko dla niej. Przed oczyma niemal codziennie widział jej twarz zmienioną chorobą, bladą, niemal przeźroczystą… widział siniaki na rękach, w których wbite miała co chwilę nowe igły, bo żyły nie wytrzymywały… pamiętał to, jak przez ostatnie miesiące nawet nie wypowiadała żadnych słów, tylko patrzyła tępym wzrokiem, który mówił… nic z tego nie rozumiem, nie wiem, co mi jest… pamiętał wychudzone palce, które szukały na pościeli czegoś, czego tam nie było… może czyjejś dłoni, może jakiegoś przedmiotu… Nigdy się tego nie dowiedział i już nigdy się nie dowie. A potem nastąpiła cisza… i zawsze będzie żałował tego, że nie był z nią w tym momencie… że nie uścisnął jej bladej dłoni w momencie, gdy przechodziła na drugą stroną. Gdyby wiedział, nie zostawiłby jej tego wieczoru… ale wtedy myślał, że jeszcze będzie lepiej… powiedziała wtedy dwa słowa… Kocham Cię… jej ostatnie słowa. Tylko tyle. Ale te słowa wlały w niego nadzieję, że to jednak nie koniec, że jeszcze się uda. Przecież bez niektórych narządów można żyć… nie trzeba od razu umierać. Ale tej nocy zasnęła… i już się nie obudziła. Śpiączka trwała długo… najpierw przestał pracować mózg… chemia nie miała już sensu… żadne leki nie mogły powstrzymać kogoś… czegoś, co tak bardzo chciało mu ją odebrać. Nigdy nie powiedział, że to Bóg… chociaż ta myśl zawsze podskórnie mu towarzyszyła... a potem zamarło serce. Wybiło krótki niespokojny rytm… kilka uderzeń… a potem już jej nie było. Dlaczego ktoś chciał zabrać taką kobietę? Ukochaną żonę… niezastąpioną matkę? Dlaczego tak wcześnie… przez pierwszy miesiąc modlitwa przychodziła mu z trudem… ta myśl, że życie odebrało mu coś tak ważnego sprawiała, że nie potrafił… słowa grzęzły w gardle, duszone przez szloch… potem było trochę łatwiej. Czas mimo wszystko leczy rany… sprawia, że się zabliźniają. Nie znikają. Tak jak niektóre ślady po oparzeniach. Ale przestają boleć przy każdym dotyku… tak teraz mógł już o tym mówić. Bez płaczu. Bez strachu. To nadal nie był temat, który chciał poruszać, ale już potrafił przyznać się do tego, że przeżył śmierć własnej żony… chociaż nadal bolało. I zawsze będzie. Nie da się pozbyć z życia kochanej osoby, bez tego śladu. Bez tej jątrzącej się rany… a ona była kimś, kogo kochał najbardziej na świecie.
- Panie Kelly… - usłyszał głos, który wyrwał go z zamyślenia. Nad nim stała sekretarka… a obok niej próbował po cichu przemknąć jego syn, osłaniając dłonią twarz.
- Danny? – zapytał. Chłopak odwrócił się, a jemu w oczy rzuciła się skóra pokryta skrzepami krwi… ten widok uderzył go niczym młot. Tak samo wyglądała ona… - Co ci się stało? – zapytał, gwałtownie podnosząc się z krzesła, ale nie zdążył usłyszeć odpowiedzi, bo obok niego stanęła Amelia Rotten.
- Panie Kelly, zapraszam. – powiedziała… obejrzał się jeszcze raz za znikającym za drzwiami synem, postanawiając porozmawiać z nim, gdy tylko wróci do domu po lekcjach. To już jego kolejna bójka w tym tygodniu… westchnął głośno, a następnie wszedł do gabinetu dyrektora i zamknął za sobą cicho drzwi…
…
I could take you back but people don't ever change
Wish that we could go back in time
I'd be the one you thought you'd find…
Przemierzała powoli ulice miasta, kryjąc twarz pod ogromnym, granatowym parasolem. Z nieba lały się strugi brudnego deszczu, który spływał wzdłuż krawężników w takiej ilości, że studzienki kanalizacyjne nie nadążały zbierać wody. Wysokie szpilki uwierały ją niemiłosiernie w stopy… czuła igły wbijające się w jej podbicie. Najchętniej zdjęłaby te cholerne buty, gdyby tylko tak nie lało… ale chodzenie po mokrych, brudnych chodnikach nawet w tej sytuacji nie wydawało się być najmądrzejszym pomysłem… ale może wziąć taksówkę? Zawahała się przez chwilę… droga do domu zajęłaby jej wtedy niecałe piętnaście minut, nawet w korkach panujących o tej godzinie w centrum.
- Meghan? – na dźwięk tego męskiego głosu przeszedł ją niemiły dreszcz… i nie, żeby nie miała z nim kontaktu od rozwodu… w końcu nadal był ojcem Elizabeth, ale wolała, gdy kontaktowali się wyłącznie przez prawnika, a ona widziała go tylko wtedy, kiedy w wakacje przyjeżdżał po nią i zabierał na dwa tygodnie do Miami. Ten kontakt zdecydowanie jej wystarczał… Powoli odwróciła się, zagryzając mocno zęby na uczucie przeszywającego bólu w stopie…
- Richard. – powiedziała spokojnie.
- Co za spotkanie. – powiedział, uśmiechając się lekko pod nosem. Wyglądał jak zawsze perfekcyjnie… idealnie dopasowany grafitowy garnitur, bordowy krawat pod szyją… ręka wciśnięta łobuzersko w kieszeń spodni. Dwudniowy zarost, który dodawał mu jakiegoś drapieżnego uroku… to właśnie na to dała się złapać… dopiero później zrozumiała, że ta zwierzęcość nie miała nic wspólnego z czarem. On był po prostu zwierzęciem. Istotą, która żerowała na innych, by przetrwać. Zabijała na swojej drodze to, co jej przeszkadzało. A ona na pewnym etapie ich wspólnego życia była przeszkodą. Bo była zbyt słaba… ale teraz już nie była. Uniosła brodę do góry i wyprostowała się, mimo silnego bólu, który doskwierał coraz bardziej.
- Nie spodziewałam się Ciebie tutaj. Od dawna jesteś w mieście? – zapytała.
- Od wczoraj, ale to tylko chwilowa wizyta. Mam tu kilka spotkań biznesowych. – odpowiedział.
- Rozumiem. – powiedziała.
- Pięknie wyglądasz. Nowe małżeństwo Ci służy. – powiedział.
- Dziękuję. – powiedziała tylko.
- Dla mnie nigdy nie zakładałaś takich szpilek. – zaśmiał się cicho.
- Nie wszyscy na to zasługują. – odbiła piłeczkę z ironicznym uśmiechem. To spotkanie nagle przestało boleć… bo on nie mógł już jej skrzywdzić. Zrobił to tylko jeden raz, a ona podniosła się i nie zamierzała więcej upadać. A już na pewno nie przez niego. I nie teraz. Nie po tylu latach.
- No cóż… pozdrów ode mnie Ellie. Chyba nie dam rady się z nią spotkać. – powiedział, patrząc w stronę przejeżdżających samochodów… jakby na kogoś albo na coś czekał.
- Na pewno będzie jej przykro. – powiedziała szczerze. Było wiele rzeczy, które mogła zarzucić swojemu mężowi, ale to nigdy nie było złe traktowanie córki. Ellie zawsze powtarzała, że ma dwóch ojców… jednego, dzięki któremu jest na tym świecie i tego, który ją tego świata nauczył. Tego, który jej ten świat pokazał. To była cała Elizabeth… potrafiła zawsze i w każdym zobaczyć coś dobrego. Tej cechy nie odziedziczyła ani po niej, ani po swoim ojcu… była jej własna i niepowtarzalna.
- Przyjadę na Święta. – powiedział.
- Chcesz ją zabrać do siebie na Boże Narodzenie? – zapytała przerażona. Święta zawsze były ich… nigdy nie pozwoliła ich sobie odebrać i nie chciała tego robić teraz. To był ich czas. Całej trójki.
- Nie, ale przyjadę do miasta. Przywiozę prezenty. – odpowiedział, patrząc na zegarek.
- Śpieszysz się gdzieś? – zapytała.
- Nie. Spotkanie mam dopiero za godzinę. Dlaczego pytasz?
- Bo ciągle patrzysz na zegarek. – odpowiedziała.
- Przyzwyczajenie. Osoba na moim stanowisku nie może sobie pozwolić na marnowanie cennego czasu. – odpowiedział, a ona automatycznie pomyślała o swoim mężu. Christian nigdy nie nazwałby spędzania z kimś czasu, zwłaszcza z kimś, z kim łączyło go tak wiele marnowaniem czasu. Dla niej, dla Ellie… miał go zawsze. Bez względu na wszystko. I to właśnie to tak bardzo różniło go od Christiana? W tym całym zgiełku, potrafił odkryć i pielęgnować to, co w życiu najważniejsze. Miłość. Rodzinę. Dom. Zwyczajną bliskość, która dawała więcej, niż kolejne zero na koncie bankowym.
- No tak… - powiedziała. - W takim razie nie zajmuję już więcej twojego czasu. Zadzwoń do mojego adwokata, jak już ustalisz, kiedy przyjedziesz do Ellie. Nie chciałabym kolejnego zaskoczenie.
- Oczywiście. – powiedział sztywno. Wyciągnął rękę, a ona uścisnęła ją niepewnie. – Do zobaczenia.
- Cześć. – powiedziała sucho, a następnie lekko kulejąc na obolałą stopę przeszła do pierwszej wolnej taksówki, stojącej przy ulicy. Do domu… byle jak najszybciej do domu…
…
The flames are getting bigger now
In this burning house
I can hold on to you somehow
In this burning house…
Siedział zgarbiony na niewygodnym krześle, próbując odciąć się od wywodu dyrektorki… od kazania, które i tak słyszał już nie pierwszy raz. To nie była jego pierwsza bójka… i nie pierwszy siniak. Niektóre po prostu były łatwiejsze do ukrycia… i niektóre miały sens. Na przykład gdy bronił kogoś krzywdzonego… gdy kogoś ratował… ale dzisiejsza sytuacja go nie miała. Zrobił to, bo był wściekły. Na siebie… że nie potrafi niczego zrobić dobrze… że nie potrafi zdobyć dziewczyny, która mu się podoba… że nie potrafi zdać cholernego testu z matematyki… że musi siedzieć na jakichś durnych korepetycjach z kolejną nudną prymuską, której imienia do tej pory się nie nauczył… i przede wszystkim za to, że ten chłopak ma to wszystko i nawet się o to nie stara. On oddałby wszystko, żeby móc chociaż jeden dzień spędzić w jego butach… ale nie mógł. I nigdy nie będzie mógł. Z zamyślenia wyrwało go dopiero jedno zdanie…
- … zostanie pan zawieszony na tydzień w prawach ucznia. – kobieta wyraźnie była… smutna? Nie, to złe słowo. Rozczarowana. Na jej twarzy nie widać było gniewu, ale litość… a to było uczucie, którego nienawidził najbardziej na świecie. Nie chciał się czuć jak ktoś, kto potrzebuje litości. – Nie mogę postąpić inaczej, panie Kelly. Pan, panie Bauer również. Poniesiecie konsekwencje tego, co się stało.
- To jego wina! – podniósł głos blondyn.
- Nie obchodzi mnie to, panie Bauer. – powiedziała, poirytowana kobieta. Blondyn już się nie odezwał. – Może pan już wyjść. – dodała. Chłopak nie czekał ani chwili, zebrał swój plecak z ziemi i szybko wyszedł z pomieszczenia. Uśmiechnął się jednak złośliwie w jego stronę, gdy zamykał za sobą szklane drzwi.
- Czy ja też… - zaczął.
- Proszę jeszcze chwilę zostać, panie Kelly. Pana sytuacja jest… poważniejsza, niż do tej pory uważałam. Wiem, że jest pan pod opieką psychologa szkolnego… ale to chyba za mało.
- Nie chcę kolejnego durnia, który zadanie miliony pytań na minutę.
- Przykro mi. I porozmawiam o tym z Twoim ojcem. Takie sytuacje jak ta, nie mogą się powtarzać, a to już trzecia bójka od początku roku, w której jesteś czynnym uczestnikiem. Nagromadzona agresja jest powodem wielu problemów. Nie myślałeś, żeby zapisać się na jakieś zajęcia fizyczne? Może boks? – zapytała, kobieta.
- Mam już wystarczająco dużo problemów z nauką.
- Takie zajęcia mogłyby pomóc. – odpowiedziała. Nie skomentował. Czasami wolał nic nie mówić… wtedy na ogół dorośli się zniechęcali i kończyli chore przesłuchania. Wystarczy poczekać aż się znudzi, a potem będzie mógł iść do domu. Przez kilka minut panowała cisza, aż wreszcie kobieta poddała się i wzdychając, pozwoliła mu wyjść. Gdy zamknął za sobą drzwi, ujrzał swojego ojca, siedzącego na krześle… skulił się w sobie i próbował wymknąć się niezauważony… nie udało się…
- Danny? – na chwilę się odwrócił. Widział kolejny szok i przerażenie na twarzy ojca… zapewne złamany nos nie wyglądał najlepiej, a zakrzepła krew na policzkach nadawała twarzy wyraz iście przerażający. Potem ponownie się odwrócił i wykorzystując moment, gdy zza swojego biurka wyłoniła się pani Henderson, wyszedł z pomieszczenia, cicho zamykając za sobą drzwi. Na korytarzu panowała cisza… puste korytarze oświetlone przez brudne lampy… jedynie dwójka uczniów siedząca gdzieś w kącie. Od razu udał się do tylnego wyjścia z budynku. Szedł prosto przed siebie, nawet nie bardzo patrząc na to, dokąd zmierza… byle jak najdalej… od tego wszystkiego. Od ludzi, od myśli, od wspomnień… może gdyby uderzył mocniej?… ta myśl znowu pojawiła się w jego umyśle… niemal automatycznie. Czy byłoby wtedy łatwiej… może mniej by bolało… przynajmniej psychicznie. Zasnąłby. Tak jak mama. Wszyscy myśleli, że tego nie pamięta, że tego nie przeżył… Nie mieli racji. Pamiętał wszystko. Pamiętał jej ból, jej cierpienie… i pamiętał też jedną rzecz. Taką najważniejszą. Spokojny uśmiech, gdy już spała… może gdyby on też tak zasnął, to byłby równie spokojny… przysiadł na krawężniku przy drodze. Co chwila mijały go kolejne samochody. Zaczynały się godziny szczytu… chciał wstać… zrobić krok do przodu. Nie patrząc w żadną stroną… po prostu pójść. Postawić wszystko na jedną kartę. Życie czy śmierć? I zdać się na to, co się wydarzy… nie liczyć, nie kalkulować. Bo ona też nie mogła tego zrobić. Nikt nie dał jej wyboru… Życie czy śmierć? Czy to jest ogóle jakiś wybór… czy ktoś dał tą możliwość… czy w ogóle cokolwiek od nas zależy… Życie czy śmierć… wstał i ponownie wszedł na chodnik. Jeszcze nie dzisiaj… To jeszcze nie pora na wybór. Życie czy śmierć…?


O rety! Danny, zlituj się !
OdpowiedzUsuń