Rozdział VII - In case you didn't know
I can't count the times
I almost said what's on my mind
But I didn't…
<3
<3
Przeciągnął się na łóżku, ale nie podniósł się… słońce dopiero powoli wstawało nad horyzontem. O ile w ogóle można to było nazwać słońcem. Niewielka blada kula, która dawała niewiele światła, które i tak było zbyt blade aby rozjaśnić pokój. Właściwie nawet nie musiał wstawać… to jego organizm tak bardzo przystosował się do pobudki, że stała się niemal naturalna. Przymknął jeszcze na chwilę oczy… w domu panowała zupełna cisza. Ojciec zapewne jeszcze spał, a Ed wróci dopiero wieczorem. Jak bardzo jego starsza siostra go czasami irytowała, tak teraz jej brakowało… ona potrafiła jakoś to wszystko ułożyć, żeby funkcjonowało. Czasami brakowało mu nawet tych jej karcących spojrzeń, gdy znowu zrobił coś idiotycznego… przetarł oczy dłońmi, a potem je otworzył. Pokój wypełniał półmrok, który bardzo powoli zmieniał się w szarość dnia… Jeszcze godzina i wszystko zacznie funkcjonować… zacznie się uliczny ruch, który powoli dotrze do okien… miasto wypełni się kolejną porcją spalin… otworzą się niewielkie sklepiki, w których za ladą stanie właściciel. Powoli usiadł na łóżku, tym samym zrzucając z siebie kołdrę. Przeszedł go dreszcz, gdy rozgrzana skóra zetknęła się z chłodem podłogi… rozprostował ramiona z cichym trzaskiem, a potem wreszcie wstał i podszedł do okna. To, co wcześniej wziął za promień słońca… było tylko słabym światłem niezgaszonej jeszcze latarni. Samo niebo wypełnione było szarymi, kłębiastymi chmurami, które zapowiadały deszcz… oparł się dłońmi o szybę, a jego oddech odbił się parą na szkle. Przypomniał sobie wczorajszą rozmowę z brunetką… właściwie żałował, że się nie zgodził… może to był jakiś pomysł? Wtedy nikt nie zarzuciłby mu tego, że się nie stara… a że nie zawsze wychodzi? Nikt przecież nie jest idealny… poza tym, tam był ona. Była jedną z nielicznych osób nastawionych do niego pozytywnie… nie oceniała go przez pryzmat jego niektórych zachowań tak jak wszyscy inni. Właściwie w ogóle go nie oceniała. I to było w niej najlepsze… a jednocześnie takie proste. Nie oceniała. Mimo, że była jedyną, która miała do tego prawo. Nie zachował się w stosunku do niej w porządku… z zamyślenia wyrwał go dzwonek telefonu. Rozejrzał się po pomieszczeniu, próbując zlokalizować urządzenie… dźwięk dobiegał gdzieś z okolicy łóżka. Poszedł w tamtą stronę… odchylił poduszkę i wyjął spod niej aparat. Na wyświetlaczu widniało zdjęcie jego siostry… mocno zdziwiony, odebrał telefon i przyłożył urządzenie do ucha.
- Co jest? – zapytała.
- Co?
- Śniło mi się, że potrzebujesz mojej pomocy… ktoś Cię gonił… wołałeś… Co się dzieje? – zapytała. Uśmiechnął się lekko… no tak. Jego siostra i jej pseudo prorocze sny. Zawsze menda trafiała. Czasami to było cholernie irytujące… ale czasami też ratowało mu skórę.
- To nic… - powiedział. – Może poczekać.
- Będę wieczorem. Mam pociąg o 14:00. – powiedziała.
- Wiem. Przyjedziemy po Ciebie na dworzec.
- Na pewno nie chcesz mi nic powiedzieć? – chciała się upewnić. Przeklął ją w myślach, a potem się uśmiechnął.
- Chcą mnie w przedstawieniu… i pewnie w śnie uciekałem przed nauczycielką z koła teatralnego. – zaśmiał się cicho.
- Co? – zapytała zaskoczona.
- Mówiłem, że to nic ważnego. Pogadamy jak wrócisz.
- W porządku. Idź jeszcze spać. Jest wcześnie.
- To ty zadzwoniłaś. – odpowiedział.
- Pa! – zawołała do słuchawki, a potem się rozłączyła. Odłożył aparat na szafkę obok łóżka... chwilę później stanął obok komody i wyjął z niej bokserki, koszulkę i dresy… już i tak nie zaśnie, więc może przynajmniej wziąć gorący prysznic, który zmyje z niego wszystkie ostatnie wydarzenia.
The way you look tonight
That second glass of wine
That did it…
Cicho podszedł do drzwi do salonu, gdzie siedziały dwie kobiety… obie tak bardzo mu bliskie, każda na swój sposób. Ich rozmowa przykuła jego uwagę, gdy wieszał kurtkę na wieszaku w korytarzu. Kobiety wyraźnie się nie hamowały, wiedząc, że są same w domu i mogą sobie pozwolić na odrobinę niedyskrecji… przecież i tak nikt nie słyszał. Uderzyła go zwłaszcza jedna rzecz… ostatnie słowa… nie wiedział o kim była mowa, nie znał historii, ale coś mu wyraźnie mówiło, że coś jest nie do końca w porządku. Ale nie zapytał… cicho wycofał się do korytarza, a potem ponownie stanął przy drzwiach. Uchylił cicho drzwi, a następnie trzasnął nimi mocno, aby dźwięk rozniósł się po całym domu.
- Wróciłem! – zawołał dla pewności. Wziął kurtkę z wieszaka i przewiesił ją sobie na ramieniu.
- W salonie! – zawołała brunetka wesołym tonem. Powoli wszedł do pomieszczenia. Dopiero teraz lepiej przyjrzał się wnętrzu… na stoliku stał talerz pełen domowych ciasteczek w zestawie z puszką orzeszków i dwoma butelkami czerwonego wina. Iście imprezowy zestaw… odłożył kurtkę na oparcie fotela. – Mówiłeś, że będziesz później. – powiedziała brunetka, uśmiechając się zawadiacko.
- Mam wyjść? – zapytał, wesoło.
- A mógłbyś? – zapytała, blondynka, biorąc do ręki kieliszek wypełniony rubinowym płynem.
- Nie. – odpowiedział, śmiejąc się cicho.
- Ale ja powinnam już iść. Jest późno. – blondynka upiła ostatni łyk z kieliszka, a potem odstawiła szkło na drewniany stolik.
- Daj spokój, Di. – uśmiechnęła się. – Pojedziesz rano.
- Poradzę sobie. Nie jestem małą dziewczynką. Poza tym, wcale nie jest tak późno. – powiedziała, podnosząc się ze swojego miejsca.
- Odwiozę Cię. – powiedział, zakładając swój grafitowy płaszcz na ramiona. – Nawet nie próbuj protestować.
- Nie kłóć się z nim. Nie masz szans. – powiedziała brunetka, uśmiechając się do przyjaciółki. Ta, pokiwała tylko głową w poirytowaniu, ale nic nie odpowiedziała. Wyszła do korytarza i zdjęła z wieszaka swój czerwony płaszcz. Z rękawa wyjęła granatowy wełniany szalik i owinęła nim szyję. Zarzuciła płaszcz na ramiona.
- Zdzwonimy się, prawda? – zapytała, uśmiechając się do brunetki.
- Jasne, jak zawsze. – powiedziała, podchodząc do kobiety. Przytuliła ją i musnęła powietrze w okolicach jej policzka. – Do zobaczenia!
- Pa! – powiedziała brunetka. Otworzył przed blondynką drzwi i przepuścił ją przodem. Kobiety wyszła i skierowała się prosto do czarnego samochodu stojącego na podjeździe przed domem. Nacisnął pilot i drzwiczki otworzyły się automatycznie. Blondynka wsiadła do ciepłego wnętrza. Okrążył auto i usiadł na fotelu kierowcy. Włożył kluczyk do stacyjki i uruchomił silnik, który zawarczał cicho niczym kot.
- Czemu nic nie mówisz? – zapytała, gdy wyjechali na pogrążoną w mroku uliczkę.
- Jestem zmęczony. – odpowiedział, uśmiechając się lekko do przedniej szyby.
- Christian, znamy się trzydzieści lat. Co jest? – zapytała.
- Czy ona żałuję, że ze mną jest? Chodzi o kogoś innego? – zapytał.
- O czym ty mówisz? – zapytała, wyraźnie zaskoczona.
- Słyszałem Waszą rozmowę. – powiedział. – O tym, że powinna się z kimś spotkać. I o jakimś byłym. To o niego chodzi? Naprawdę tęskni za tym skurwielem? – zapytał.
- Oczywiście, że nie! – powiedziała, podniesionym głosem. – Wyjąłeś jakiś fragment z kontekstu i tyle!
- To o co chodziło? – zapytał, nadal patrząc na drogę.
- Po prostu gadałyśmy o… przeszłości. Każda z nas ma jakiegoś byłego, który zapadł jej w pamięć. Nie musisz się niczym martwić. – uśmiechnęła się do niego ciepło. W odpowiedzi również się uśmiechnął, odrobinę przyśpieszając, gdy wreszcie wyjechał na dwupasmówkę. Samochód płynął po drodze, wydając tylko ciche mruczenie, niczym senny kociak. Wokół nich, w szybach migotały ciemne drzewa, które zlewały się w jedną całość.
- Czasem zastanawiam się, czy w ogóle ją znam. Ma jakieś tajemnice. Niewiele mówi o przeszłości. Nawet nie wiem, co się działo w jej życiu przed małżeństwem z Richardem. – powiedział. Prawa ręka lekko zadrżała na drążku skrzyni biegów… zauważyła to. Delikatnie dotknęła jego dłoni i ścisnęła ją swoimi drobnym palcami.
- Jest szczęśliwa z Tobą, Chris. – powiedziała pewnie.
- A może tak Ci się tylko wydaje? Może żałuje? – zapytał.
- Niby czego? Przecież jesteś fantastycznym facetem.
- Tego, że nigdy nie dam jej tego, co mogłaby znaleźć w ramionach innego faceta. Nigdy nie dam jej… - zaciął się… te słowa nie chciały mu przejść przez gardło. Czuł się wybrakowany. Jakby nie był w pełni mężczyzną… kiedyś to nie był tak wielki problem, ale teraz… czasem przychodziła mu do głowy myśl, że ją zawiódł. Nie dał jej czegoś, co powinna otrzymać. Czegoś najważniejszego.
- Christian, posłuchaj mnie… bo nie będę się powtarzać. Ona Cię kocha. Tylko to się liczy. – powiedziała powoli, nadal ściskając jego dłoń, leżącą luźno na drążku. – Kocha Cię. Wiem to. Widzę to.
- A jeżeli to kiedyś nie wystarczy? – zapytał. To pytanie nie pierwszy raz przewinęło się przez jego myśli. Co jeśli? Czy wtedy będzie potrafił pozwolić jej odejść… czy dla jej dobra, dla jej szczęścia będzie w stanie poświęcić swoje własne? Blondynka zabrała dłoń z jego dłoni. – Tobie kiedyś nie wystarczyłem.
- Wiesz, że to nie tak… - powiedziała, patrząc w przestrzeń za oknem.
- Odeszłaś. – powiedział.
- Nie dlatego, że… że nie moglibyśmy mieć dzieci. Po prostu nie wyszło. Nikt nie był winny. – powiedziała. Chrząknął, by przeczyścić gardło. – Nie wyszło… - powtórzyła, patrząc na niego. Zatrzymał się na podjeździe przed jej domem. Zgasił silnik. Przez chwilę siedzieli w ciemnym samochodzie… żadne nie powiedziało. To był ten rodzaj komfortowej ciszy, którą możesz dzielić wyłącznie z przyjacielem. – Ale pamiętaj, że Cię kochałam. I nadal kocham.
- Ja Ciebie też, Di. – powiedział, uśmiechając się do kobiety. – I dziękuję. – powiedział. Pochylił się i pocałował delikatnie jej chłodny policzek.
- Nie ma za co. – zaśmiała się, czując drapanie jego zarostu na twarzy. Otworzyła drzwiczki i wysiadła z samochodu… już miała odchodzić, ale zatrzymała się jeszcze, trzymając dłoń na otwartych drzwiach. – Tylko przestań być takim cholernym mazgajem. Nie pasuje to do Ciebie. – powiedziała wesoło, a on zaśmiał się w odpowiedzi. Chwilę później zatrzasnęła drzwi i tanecznym krokiem poszła w stronę. Odwróciła się jeszcze z dłonią na klamce i pomachała mu drugą ręką. Uśmiechnął się pod nosem, a potem uruchomił silnik i wycofał samochód z powrotem na drogę. Do domu.
There was something bout that kiss
Girl it did me in
Got me thinking…
Wyszedł z budynku na ciężkie, jesienne powietrze. Na niebie gromadziły się chmury zwiastujące deszcz… było szaro. Szaro i ponuro. Zatrzymał się zaraz za schodami właściwie nie wiedząc, co powinien teraz zrobić. Rozmowa z dyrektorką… rozmowa z Diane… miał wrażenie, że tego było zwyczajnie za dużo. Wziął głęboki oddech, zaciągając się dymem spalinowym z odrobiną żywicy ze stojących wokół placu iglaków. Tak, to było zdecydowanie zbyt wiele jak na ten moment w jego życiu… wszystko płynęło tak szybko… jakby świat włączył szósty bieg i na oślep jechał przed siebie, zgarniając go ze sobą po drodze… a on tak bardzo chciał wysiąść. Byle gdzie. Byle tylko wolniej…
- Słuchaj… - usłyszał gdzieś za sobą. Odwrócił się powoli. Drobna blondynka w czerwonym rozpiętym płaszczu stała w otwartych drzwiach. Nie ruszył się… kobieta otuliła się płaszczem i wyszła za nim. Stanęła przed nim, mrużąc lekko oczy. – Trochę przegięłam, ok? – powiedziała cicho.
- Miałaś rację. Zawaliłem. – powiedział, jednocześnie robiąc dziurę w ziemi swoim butem. Była ciemna i wilgotna… czubki jego butów z czarnych niemal momentalnie zmieniły się na brudny, brązowy kolor.
- Fakt… - uśmiechnęła się smutno. – Ale ja się niepotrzebnie uniosłam. Każdemu zdarzają się błędy. Jestem na to idealnym przykładem. Nigdy nie pogodziłam się… ze śmiercią Ethana i… chyba to dlatego, że trochę Ci zazdroszczę. – dodała.
- Czego? Tego, że moja żona umarła, a ja mam problemy z własnym synem? – zapytał.
- To też… chciałabym mieć dziecko, z którym miałabym problemy.
- Oh… - westchnął.
- Nie byliśmy długo małżeństwem… niecały rok. To wszystko skończyło się tak szybko… tak gwałtownie… to dlatego nie umiałam się wtedy pozbierać. Myślałam, że mamy przed sobą całe życie… a okazało się, że to tylko kilka miesięcy. Tylko tyle dostałam. A ty? Ty przeżyłeś kilkanaście lat ze swoją żona… macie cudowne dzieci. – powiedziała, wzruszając ramionami.
- Przykro mi… myślałem... – zaczął.
- Nieważne. To było… to już minęło. Nie jest łatwo, ale… radzę sobie. – powiedziała, uśmiechają się ciepło. – Ale żeby nie było… - dodała już bardziej stanowczo. – Nadal uważam, że zachowałeś się wtedy… jak świnia. – powiedziała, a on zaśmiał się w odpowiedzi.
- No cóż… ktoś mądry kiedyś powiedział, że każdy popełnia błędy. – Również cicho się zaśmiała. – Może zaczniemy jeszcze raz, co? – zapytał, wyciągając w jej stronę dłoń. – Michael Kelly.
- Diane Langer. – powiedziała, ściskając mocno jego palce.
- I jesteś panią psycholog. – powiedział.
- Tak. I przy okazji dowodem na to, że psychologami zostają Ci, którzy sami potrzebują pomocy. – zaśmiała się wesoło. – A ty, czym się zajmujesz? – zapytała. Przez chwilę nic nie mówił… bo właściwie, co takiego robił? Nic. Odkąd po śmierci Joy rzucił całkowicie karierę muzyczną, nie robił wiele. Trochę malował… nawet raz udało mu się zorganizować wystawę jego prac. A poza tym? Właściwie nie robił nic. Siedział w domu… i użalał się nad sobą… i nad utraconym życiem… a przecież to z jego własnej woli uciekało mu ono przez palce. – Nie musisz mówić, jeżeli nie chcesz.
- To nie tak… to po prostu jest długa historia. – odpowiedział.
- Rozumiem. – powiedziała.
- Nie wypytujesz? – spojrzał na nią zdziwiony. – Przecież jesteś psychologiem. Uwielbiasz zadawać pytania.
- Nie jesteś moim pacjentem. – odpowiedziała z uśmiechem. – Poza tym… zadawanie pytań ma sens tylko wtedy, gdy ktoś szczerze Ci na nie odpowiada.
- Sugerujesz, że będę oszukiwać? – zapytał.
- Sugeruję, że chcesz unikać niektórych rzeczy… i niektórych fragmentów swojego życia. Dokładnie tak jest, jak się mówi, że to długa historia. – zaśmiał się w odpowiedzi.
- Powiedziałem tak, bo to naprawdę długa i bardzo skomplikowana historia. – powiedział.
- A ja nie mam czasu jej słuchać bo jestem w pracy? – zapytała.
- Dokładnie tak. – odpowiedział. – Ale może kiedyś Ci o niej opowiem… w sumie jest całkiem ciekawa i miejscami nawet zabawna.
- Może… - powiedziała. – Powinnam już wracać.
- Dasz mi swój numer? – zapytał, gdy już miała odejść… zawahała się na moment. Zatrzymała w pół kroku, a potem powoli odwróciła ponownie w jego stronę.
- To twój patent na podryw? – zapytała.
- Na razie sposób na zdobycie numeru. – odpowiedział. - O reszcie możemy porozmawiać później… jak już będę miał ten telefon. – Zaśmiała się cicho, ale wyjęła z kieszeni małą wizytówkę, na której wypisane było jej imię, nazwisko… a także ciąg cyfr, który układał się w numer telefonu.
- Proszę. – powiedziała, gdy miał już niewielki sztywny kartonik w palcach.
- Zadzwonię. – powiedział, wskazując na kartkę.
- Wtedy będziesz pierwszy… - zaśmiała się.
- Pierwszy? – zapytał, patrząc szeroko otwartymi oczyma.
- Pierwszy, który zadzwonił. – zaśmiała się, a potem pomachała mu jeszcze dłonią i chwilę później zniknęła za zamkniętymi drzwiami budynku… a jemu przez myśl, że ona też będzie pierwsza… pierwsza, od której wziął numer po śmierci żony…
Even though I don't tell you all the time
You had my heart a long long time ago
In case you didn't know…
Usiadła obok ciemnowłosej kobiety, która siedząc na kanapie wstukiwała coś na klawiaturze do laptopa, który trzymała na kolanach. Na stoliku stała filiżanka w połowie wypełniona już dawno zimną kawą…
- Mamo? – zapytała. Kobieta podniosła wzrok, ale palców nie oderwała od przycisków. Jej paznokcie nawet bez patrzenia przemieszczały się po klawiaturze w równym rytmie. – Możemy pogadać? – zapytała. Kobieta westchnęła ciężko, a następnie zamknęła urządzenie i odłożyła jest na stolik.
- Coś się stało? – zapytała, patrząc na smutną minę córki.
- Sama nie wiem… - odpowiedziała, przytulając się do leżącej na sofie poduszki. – Chyba po prostu potrzebuje z kimś pogadać. – dodała. Kobieta uśmiechnęła się do nastolatki. Położyła dłoń na jej kolanie w opiekuńczym geście. Wzięła głęboki oddech i zaciągnęła się jej zapachem… to nie był typowy zapach mamy. Nie czuła środka do czyszczenia mebli… nie czuła zapachu ciasteczek z czekoladą… to nawet nie była róża, czy lawenda… nawet jej ulubiony płyn do płukania tkanin… a mimo to, ten znajomy zapach żelu pod prysznic wymieszanego z ulatniającymi się już perfumami sprawiał, że czuła się lepiej. Tak jakoś bezpiecznie.
- Już dawno nie przyszłaś, żeby tak zwyczajnie ze mną pogadać. – powiedziała kobieta.
- Wiem… - powiedziała patrząc w jej niebieskie oczy… dokładnie takie same jak jej własne. Patrzyły na nią z ciepłem i taką iskierką… która przeznaczona była tylko i wyłącznie dla niej. Uśmiechnęła się do niej, a potem przytuliła do jej ramienia…
- Co się dzieje, kochanie? – zapytała kobieta.
- Sama nie wiem… nie układa mi się z Rickiem. Dziewczyny mają przede mną jakieś sekrety… a na dodatek wali nam się przedstawienie, bo Mark odszedł i nie mamy głównej postaci. – wypowiedziała na jednym wdechu.
- Oh, skarbie… wszystko się ułoży.
- Próbowała kogoś znaleźć, ale się nie zgodził. – odpowiedziała.
- Może spróbuj jeszcze raz? – zapytała.
- To i tak nic nie da… - westchnęła ciężko.
- A o co chodzi z dziewczynami? Myślałam, że się przyjaźnicie.
- Bo tak jest… - powiedziała powoli. – Po prostu ostatnio jest inaczej. Sama nie wiem. Może to moja wina, bo nie mam dla nich tyle czasu? – pytała sama siebie, szukając jakiegokolwiek rozwiązania.
- Wszystko się ułoży. Zobaczysz. – kobieta uśmiechnęła się do niej, a potem delikatnie pocałowała jej czoło. – Wszystko się ułoży. A teraz… idziemy zrobić czekoladę. – kobieta podniosła się i pociągnęła ją za sobą. – Czekolada rozgoni wszystkie Twoje smuteczki. – zaśmiała się cicho, ale posłusznie poszła do kuchni… może mama ma racje? Może jeszcze wszystko się ułoży? Przecież mamy zawsze mają rację…

Ale porada od mamy "wszystko się ułoży". Aż się uśmiałam. Trochę mało i kiepsko jak na mamę. Hehe. Martus ,wiesz,że ja zawsze szczerze. Nie wierzę w przyjaźń dwóch kobiet tego samego faceta. Takie rzeczy się nie zdarzają. Nie znam ani jednego takiego przypadku poza domem czy serialem. No i rozumiem, że Di, to od Diany. Ech... Pogmatwanie. Ale myślę, że córka Meg (nie pamiętam imienia) zwiaze się z Danielem i dopiero wtedy będzie nieźle jak sir Paddy i Meg spotkają. Ale numer. W ogóle powiem Ci,że opowiadań jest tak bardzo dużo,a takiego przypadku jak u Ciebie jeszcze nie było. :) pisz dalej i tym razem dokoncz.
OdpowiedzUsuńTo był dopiero początek rozmowy, Ola, spokojnie, jeszcze się rozwinie... a o resztę ... Jeżeli o Meg i Di chodzi... to też jest trochę inaczej, Diana już dawno nie była z Christianem jak poznała Meg, bo to była licealna miłość ;P A jeżeli chodzi o to, że takiego przypadku jeszcze nie było jak to opowiadanie... to uznam to za komplement, w końcu o to chodzi, żeby pisać coś, czego jeszcze nie było ;)
UsuńZachciało się podsłuchiwać to ma 😂 mało goscia poznałam ale wydaje się całkiem spoko, trochę szkoda by było jakby go porobiła
OdpowiedzUsuń