Rozdział VIII - I'm comin' over


We turn our backs then turn back around
We break up, we make up, and we make love…


Płynnie wyjechał z podjazdu na główną ulicę. Przez chwilę jeszcze widział we wstecznym lusterku jej jasne włosy rozwiewane przez chłodny wiatr. Jej słowa… to wszystko nadal dźwięczało mu w głowie. I nadal nie był pewny… mimo tego, że z całej siły starał się jej wierzyć, to gdzieś głęboko, na dnie… te myśli nadal się rozpływały. Nie był. Już niczego nie był pewny. A już zwłaszcza tych ostatnich kilku tygodni, które nagle zaczęły coś zmieniać. Niby wszystko było tak samo… tak samo wstawali razem do pracy. Tak samo jedli śniadanie i pili zimną kawę. A jednak podświadomie coś mu mówiło, że jest inaczej. Dzisiejsza rozmowa tylko mu to uświadomiła. Coś się zmieniło w ich życiu. Nie wiedział jeszcze, co to takiego, ale czuł, że już wkrótce zmieni się wszystko… i nie było to wcale miłe uczucie. Co, jeżeli naprawdę jej nie wystarczy? Diane chciała go pocieszyć, w końcu przez lata byli najlepszymi przyjaciółmi… ale w jej słowach było jednak coś więcej. Jakby wiedziała więcej… i zwyczajnie nie chciała mu powiedzieć. Dokładnie taka sama była wtedy, gdy postanowiła go zostawić. Wtedy też mówiła, że wszystko jest w porządku, że nadal go kocha… że nic tego nie zmieni… ale on czuł, że coś jest jednak inaczej. Dzisiaj to uczucie wróciło. I było jeszcze silniejsze, niż wtedy… Wyjechał na autostradę. Nie miało znaczenia, że wydłuża sobie drogę o kilkadziesiąt kilometrów. Potrzebował chwili na ogarnięcie swoich myśli. Nie mógł sobie pozwolić na powrót, gdy nie wiedział, jak się zachować. Prosta droga… rytmiczny, stały ruch koiły stargane nerwy. W samochodzie panowała cisza mącona wyłącznie przez szybki oddech i nikły szum silnika w uszach. Wokół panowała już zupełna ciemność, oświetlona pojedynczymi lampami, które mijał. Na ogół nie był taki… zawsze pewny siebie, pozytywnie nastawiony do świata… ta dzisiejsza niepewność była dla niego czymś… nienaturalnym. A winna była właśnie Diane… gdyby nie ona, gdyby nie ich wspólna historia, to zapewne myśli, które teraz krążyły w jego głowie, nigdy by tam nie powstały. A jednak… Na sekundę przymknął oczy, a potem otworzył je i mrugając szybko kilka razy, próbował oczyścić powieki z nadmiaru wspomnień… dokładnie pamiętał ten dzień… a właściwie tą noc…

Leżeli przytuleni w niewielkim łóżku w jego mieszkaniu. Złote włosy rozsypane na jego klatce piersiowej i szybkie bicie serca odbijające się na jego skórze. Słyszał jej ciężki oddech… jego dłonie obejmowały lekko wilgotne ciało, które jeszcze kilka minut temu drżało spazmatycznie w jego ramionach. 
- Musimy porozmawiać… - powiedziała cicho kobieta, nawet nie podnosząc twarzy. 
- Teraz? – zapytał. – To nie może poczekać do rana? – Blondynka powoli podniosła się z jego objąć i usiadła na łóżku, opierając się o zagłówek. Kołdra zsunęła się z jej nagich piersi, ale ona jakby tego w ogóle nie zauważyła. Jej skóra nadal była lekko zaróżowiona, a oddech jeszcze nie zdążył się uspokoić. Piersi unosiły się gwałtownie przy każdym wdechu… Spojrzał na nią z zaskoczeniem… ale i pewnym niepokojem… blondynka przygryzała lekko wargi, a dłonie zacisnęła w pięści na materiale prześcieradła. Przez wiele lat przyjaźni i kilka lat związku był w stanie bezbłędnie ocenić jej zachowanie. Teraz była wyraźnie podenerwowana. - Co jest? – zapytał, podnosząc się lekko na przedramionach. 
- To się nie uda. – powiedziała cicho. 
- Co? – zapytał, siadając obok niej i tak jak ona oparł się o zagłówek łóżka… chciał ją objąć. Jego dłoń o kilka cali minęła jej szyję… odsunęła się i wzięła do rąk jedną z poduszek i przytuliła ją do swojego brzucha. 
- Christian… - zaczęła niepewnie. 
- Wiesz, że nie lubię jak tak do mnie mówisz… mam wrażenie, że coś znowu przeskrobałem. – powiedział, uśmiechając się krzywo. Zaśmiała się cicho w odpowiedzi… ale trwało to tylko sekundę. Potem znowu zapadła cisza… niewygodna, nienaturalna. Czuł się tak, jakby otoczyła go jakaś pajęczyna… coś blokowało jego myśli i gesty. Jakaś niewyraźna nić nie pozwalała mu na wykonanie żadnego ruchu. 
- To pewnie nie jest odpowiedni moment, ale… - zaczęła. – Po prostu nie chcę, żebyś później miał do mnie pretensje. Wiesz, że nie lubię niejasnych spraw…
- Wyduś to z siebie. – powiedział spokojnie, patrząc na nią spod przymrużonych oczu. 
- Zakochałam się, Chris… - powiedziała cichutko. Zamknął oczy… wziął głęboki oddech, a potem powoli wypuścił powietrze. A więc nadal żyje… przejechał paznokciami, sprawdzając, czy nadal czuje ból… i czy to nie jest koszmarny sen… ale czuł… a jego skórę ozdobiły czerwone pręgi. 
- Oh… - westchnął. 
- Wiem… ale to wszystko… nie chciałam tego, naprawdę. On… jest kompletnie kimś innym, niż ktoś, z kim chciałabym być. Jest… arogancki, nieznośny, chamski… ale… Christian, ja naprawdę nie chciałam się zakochać. To było niezależne ode mnie. 
- Znam go? – zapytał. 
- Nie… - przeczesał palcami włosy w nerwowym geście. Właściwie nie wiedział, co powiedzieć… Jeszcze kilka dni temu wszystko było w jak najlepszym porządku. Siedzieli razem przy kominku, pijąc wino… i śmiejąc się z oglądanych zaproszeń, które mieli wybrać na ślub. A teraz? Nagle mówiła mu, że to koniec… że kocha kogoś innego. A on był kim? Przejściowym etapem? Przyjacielem, który pozorował chłopaka, dopóki ten prawdziwy się nie zjawi? Ponownie zamknął oczy... to wszystko po prostu nie mogło dziać się naprawdę. Przecież byli szczęśliwi. Planowali ślub, wspólne życie… dzieci. A ona właśnie teraz, po cholernie dobrym seksie mówi mu, że kocha kogoś zupełnie innego. Przełknął głośno ślinę… w jego głowie walczyły dwie osoby. Jedna, która miała ochotę uklęknąć przed nią i błagać, żeby go nie zostawiała i druga… ta która miała ochotę zacisnąć pięści i coś rozwalić. Kochał ją… a ona wolała kogoś innego. Jakiegoś frajera, który ją skrzywdzi zamiast niego… chłopaka, który zna ją od wielu lat, wie o niej wszystko… zna wszystkie dobre i złe strony… a mimo to, kocha ją tak mocno, że byłby w stanie zrobić dla niej wszystko. Woli jakiegoś chama i prostaka, zamiast niego. A na końcu w jego głowie pojawiła się jedna myśl… Czego mu brakuje? Co z nim jest nie tak, że wolała znaleźć kogoś innego, niż zostać z mężczyzną, który stawia ją ponad wszystko. 
- Wyjdź. – powiedział cicho.
- Słucham? – spojrzała na niego tymi błyszczącymi błękitnymi oczami… a w jego ciele wybuchł gniew. Tak ciężki i przerażający, że niemal skulił się pod własnymi myślami. 
- Wynoś się! – przerwał na chwilę, aby wziąć uspokajający oddech. - Wyjdź, zanim zrobię coś, czego będę żałował. Po prostu wyjdź! – odwrócił się do niej plecami. Słyszał, jak się ubiera… jak szuka rozrzuconych po mieszkaniu rzeczy… a potem jak zamyka drzwi. Dopiero wtedy po jego twarzy spłynęła łza… jedna… więcej nie była warta. 


So I'm comin' over, runnin' every red light
To hell with the closure - save it for another time…


Przez kilkanaście minut uparcie wpatrywał się w białą kartkę i zapisane na niej litery i cyfry. Naprawdę tego chciał? Przejechał opuszkami palców po czarnych znakach, które wyraźnie układały się w imię i nazwisko. Czy to miało jakiś sens? Ostatnio niewiele rzeczy w jego życiu go miało… nawet przestał go szukać, ale jej osoba… coś jednak zmieniła. Na razie tylko jego nastawienie, ale to i tak już był duży postęp… przy niej się uśmiechnął. Ktoś mógłby pomyśleć, że to tylko niewielki gest, ale dla niego to było dużo. Po śmierci Joy nie miał wiele powodów do uśmiechu. Wieczne problemy w domu… to, że nie mógł się dogadać z własną rodziną, właściwie nie kontaktował się od lat z żadnym z braci. Gdyby nie Eddie, to pewnie wszyscy zapomnieliby o ich istnieniu. To ona pamiętała o świętach, o rocznicach… ale teraz, gdy wyjechała, został z tym wszystkim sam. Nie miał mu kto przypomnieć, że trzeba zjeść cholerną kolację… albo nastawić budzik na rano. On zapominał. Bo zawsze był obok ktoś, kto mu o tym przypomniał. Kiedyś była to Meg… potem Joyce, jego kochana Radość, a potem Edith. Oparł się o poduszki leżąca na sofie, a telefon położył na niskim stoliku przed sobą. Upił niewielki łyk ze szklanki i skrzywił się nieznacznie. Już dawno nie miał whisky w ustach… rzadko pozwalał sobie na mocniejsze trunki… zbyt wiele zniszczyły tuż po śmierci żony. Pierwsze tygodnie były zbyt trudne… alkohol wtedy pozwalał przetrwać, pozwalał odizolować się od bólu, który trawił jego wnętrzności. Przymknął na chwilę oczy… alkohol towarzyszył w zbyt wielu momentach jego życia. Może właśnie dlatego był teraz właśnie w tym miejscu? Sam… zupełnie zapomniany i niepotrzebny. Kiedyś było zupełnie inaczej… Dobrze zapamiętał dzień, w którym wszystko zaczęło się pieprzyć… a potem było już tylko gorzej…

- Meg? – wszedł domieszkania. W pomieszczeniu panowała przerażająca cisza. Rozejrzał się wokół, ale nikogo nie było… słyszał tylko zegar, który cicho wybijał kolejne upływające minuty. Wszedł do sypialni… wszędzie panował bałagan. Rozrzucona pościel… niedomknięte drzwi szafy… wieszaki leżące na ziemi… jakby ktoś pakował się w cholernym pośpiechu. Drzwi do łazienki też były uchylone, a w środku nadal paliło się światło… poszedł w tamtą stronę. – Meggie? – otworzył szerzej drzwi, ale w środku nie było nikogo. Znikły też wszystkie jej kosmetyki, które stały na umywalce… zniknął płyn do kąpieli, który jeszcze pachniał w powietrzu… Wyszedł z łazienki, gasząc za sobą światło. Dopiero wtedy zauważył białą kartkę leżącą na stoliku… Przez chwilę stał w miejscu, bojąc się iść w tamtą stronę. Z kieszeni spodni wyjął telefon i wybrał znajomy numer. Abonent chwilowo niedostępny. Wybrał numer ponownie. To samo. Dopiero wtedy podszedł do stolika i podniósł leżącą na nim kartkę. Drżącymi palcami przesunął po lekko rozmazanym tekście… to nie mogło dziać się naprawdę. 
„Mam nadzieję, że mnie zrozumiesz. Ale jeżeli nie, to nie będę miała do Ciebie pretensji. Proszę Cię, nie dzwoń. Obiecuję, że się odezwę. Jeszcze nie wiem kiedy ale obiecuje… Wiem, że proszę o wiele ale nie zapomnij. O mnie, o nas.”

Te słowa na bardzo długo wryły mu się w pamięć… to był pierwszy raz, kiedy alkohol stał się lekarstwem. Uciekł w niego, nie widział innej drogi… pił, żeby zapomnieć… i zapominał, na chwilę, a potem znowu pił, gdy ból stawał się zbyt duży, zbyt trudny do wytrzymania. Alkohol ściągnął go na dno… i gdyby później nie spotkał Joyce, pewnie skończyłby na odwyku… albo na cmentarzu. Ona przez lata chroniła go przed własną słabością. Czasami mniej lub bardziej skutecznie… kolejny trudny moment był wtedy, gdy po latach wrócił do kraju. I spotkał ją… znowu. Może było wtedy jeszcze za wcześnie? Może gdyby jeszcze poczekał…. może byłoby inaczej. Wtedy też uciekł…. alkohol na kilka tygodni stał się jego jedynym sprzymierzeńcem. Jedyną drogą… i wtedy znowu uratowała go Joy. Była jego schronieniem… widziała go w takim stanie, w jakim nikt nigdy go nie widział… i podnosiła go z ziemi, gdy czołgał się po trawniku kompletnie nie kontaktując ze światem. Dzięki niej wstał ponownie z tych kolan… do kolejnego razu… i tak było zawsze…

- Paddy, strasznie cię przepraszam, ale ja już…
- Co się stało, Meg? – odpowiedział mu tylko szum płynących po jej policzkach łez.
- Meggie, powiedz coś!
- On, ja… to znaczy…
- Zrobił ci coś? Meggie, odezwij się proszę! Meggie!
- Przepraszam, ja nie powinnam. To było głupie, nie powinnam do ciebie dzwonić. Przepraszam. Je głos rozbrzmiewał mu w uszach… wstał, zanim zdążył w ogóle zarejestrować… dopiero zakładając ubranie, zrozumiał, co się dzieje… Jej słowa żłobiły bruzdy w jego myślach, tworzyły niegojące się rany z poczucia winy… to była jego cholerna wina, że znalazła się w takim położeniu. Gdyby jej nie zostawił… gdyby wrócił… przecież powinien jej pomóc, nawet jeżeli nie jako chłopak, to jako przyjaciel. Powinien być obok niej, wspierać ją… a on wolał być gdzieś daleko od problemów. Żyć nowym życiem… tak, jakby starego w ogóle nie było…

To był drugi najgorszy moment w jego życiu… znowu odciął się na długi czas z rzeczywistości. Upadał i próbował się podnosić… ale sam nigdy nie umiał tego zrobić. Zawsze była Joyce… a potem i jej zabrakło… i wtedy spadł na dno. I nie wiedział jak się podnieść, gdy obok niego nie było tych ciepłych, delikatnych rąk… oczu, które przywodziły na myślą zieleń nadziei… najgorszy z najgorszych dni w jego życiu… widział jej oczy, które zachodziły mgłą… widział ból… czuł coraz słabiej zaciśnięte palce na swojej ręce…

- Pamiętaj, kochanie, nie możesz upaść… - powiedziała cichym głosem… Ścisnął mocniej jej dłoń, a potem zbliżył do niej bladą twarz. Całował opuszki jej palców, tulił policzkiem jej zimną dłoń…  - Nie możesz upaść – wyszeptała jeszcze raz, głaszcząc go po zmierzwionych od spania na szpitalnym fotelu włosach. 
- Wiesz, że upadnę. Bez Ciebie nie potrafię stać. – powiedział, nadal tuląc jej dłoń.
- Nie możesz. Dzieci. One Cię potrzebują. – powiedziała.
- One potrzebują Ciebie. Potrzebują matki. Nie możesz nas zostawić. – szlochał.
- Kochanie, spójrz na mnie… - powiedziała. Powoli podniósł się i zbolałym wzrokiem spojrzał na jej delikatną, wątłą twarz… była spokojne, miała lekki uśmiech, a jej oczy błyszczały tym wyjątkowym blaskiem.  
- Nie poradzę sobie bez Ciebie. – wydukał.
- Poradzisz. – powiedziała, gładząc jego szorstki policzek. – Będę Cię strzec z góry. Zawsze będę obok. Nawet, jeżeli nie będziesz mnie widział. Ja zawsze będę. 
- Obiecujesz? – zapytał.
- Zawsze. – powiedziała. – Kocham Cię… - a potem zamknęła oczy. To były jej ostatnie słowa… już nigdy więcej nie usłyszał jej głosu…


Bardzo długo wtedy się nie podnosił… gdy jej nie było, nie było nikogo, kto podałby mu rękę. To on sam miał być tą dłonią… Dla Eddie, dla Daniela… ale nie potrafił. Dopiero rozmowa z Diane uświadomiła mu, jak bardzo zawalił… i jak bardzo to było jego winą. One były dziećmi, a on był ojcem, który powinien stać obok nich, przytulić, pocieszyć… a tymczasem to on był tym, który potrzebował wsparcia. Miała rację nazywając go koszmarnym ojcem… właśnie taki był. Nie zasługiwał na to wszystko, co otrzymał od losu… i na nią też nie zasłużył. Wziął kartkę ze stołu i ostrożnie przedarł ją dłoniach na kilka kawałków…


I'm all alone, but you're on my phone
Tellin' me you miss me and that you're at home
Who knows what we are in the morning…


Stanął na deskach sceny w sali teatralnej… jeszcze nigdy w życiu nie czuł się tak głupio. Wszyscy na niego patrzyli… raz za razem zagryzał wargi, nie mogąc wydusić z siebie żadnego słowa. Miał przecież powiedzieć tylko kilka słów… nic więcej… ale nie mógł. Ci ludzie… oni wszyscy patrzyli tylko na jego potknięcie. Czekali aż się pomyli, żeby móc się pośmiać później ze znajomymi… zawsze tak to wyglądało. A on stał sam naprzeciwko wszystkich… sam przeciwko światu… jeszcze raz wziął głęboki oddech, ale gdy nawet to nie pomogło, zbiegł ze sceny i wybiegał z sali na szkolny korytarz… przez kilka sekund stał w miejscu, nie wiedzą, gdzie ma iść… chciał uciec… schować się… byle dalej… Dopiero, gdy był na zewnątrz, usiadł na wilgotnej ławce, a z kieszeni plecaka wyjął telefon. Wybrał odpowiedni numer… ale gdy tylko usłyszał pierwszy sygnał, rozmyślił się i rozłączył… wolał napisać. Szybko wystukał kilka słów na klawiaturze… tak będzie prościej… a potem po prostu będzie jej unikał… do końca roku szkolnego.
Nie dam rady. Przepraszam.
Schował telefon z powrotem do plecaka. A potem uciekł… tak, jak zawsze, gdy wszystko układało się źle…



Just when I think movin' on is getting closer
I'm comin' over…


Gdy tylko usłyszała szczęk zamka w drzwiach, podniosła się ze swojego miejsca… oparła się o framugę drzwi, przyglądając się jak zdejmuje buty, potem kurtkę i szalik… dopiero wtedy się odezwała.
- Długo Cię nie było… - powiedziała. Drgnął na dźwięk jej głosu i odwrócił się gwałtownie. 
- Nie śpisz jeszcze. – powiedział.
- Nie mogłam zasnąć. – powiedziała. – Czekałam na Ciebie.
- Niepotrzebnie. – powiedział. – Powinnaś się położyć. Jesteś zmęczona.
- Coś się stało? – zapytała.
- Nie. Dlaczego? – westchnął. Znała go zbyt dobrze… wiedziała, że coś jest nie tak. Czuła pod skórą, że coś się stało… i bała się odpowiedzi.  Podeszła do niego i pogłaskała delikatnie po policzku… jego twarz zdobił szorstki, dwudniowy zarost. 
- Chris… 
- Jestem zmęczony. – powiedział, odwracając się do niej plecami. – Idę się położyć. 
- Christian. – powiedziała.
- Nie mów tak do mnie. – warknął. Cofnęła się lekko w stronę salonu. - Przepraszam. Mam… to nic takiego, gorszy dzień. – powiedział, uśmiechając się lekko… ale ona widziała na dnie jego oczu jakiś smutek, którego nie potrafiła określić. Ponownie podeszła do niego, wtulając twarz w jego sweter. Objął ją jednym ramieniem… zaciągnęła się przyjemnym zapachem jego perfum… zawsze kojarzył się jej ze spokojem, bezpieczeństwem… po prostu z domem. 
- Wiesz, że Cię kocham? – zapytała cicho… jej usta stykały się z odrobinę szorstkim materiałem granatowego swetra. 
- Wiem… - powiedział. To był pierwszy raz kiedy nie odpowiedział, że też ją kocha… pierwszy raz, kiedy jej nie pocałował na dobranoc… pierwszy raz, kiedy poczuła się… odizolowana. Diane by wiedziała… znała go lepiej… zagryzła lekko wargę. Ona zawsze wiedziała lepiej… Ona był tylko żoną… Diane była jego pierwszą kobieta, jego przyjaciółką… miała przewagę. Znała jego historię… bo sama przeżywała ją razem z nim. Mimo, że znała całą ich historię, znała jego ból… miała wrażenie, że mimo wszystkiego, ona i tak ma nad nią przewagę. Była pierwsza. A ona zawsze będzie tą drugą… usnęła dopiero nad ranem, utulona do snu własnymi cichymi łzami… 

Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty